poniedziałek, 12 lutego 2018

33. I want to tell you

4 komentarze // Dodaj komentarz (+)

Skyler wpatrywała się oniemiała w list z Departamentu Czarodziejskich Gier i Sportów, ściskany w drżących dłoniach.
To niemożliwe, to się nie dzieje naprawdę. Ja chyba śnię! Uszczypnęła się. Raz, drugi, trzeci. Za każdym razem treść listu pozostawała niezmienna – słowa odciskały się wyraźnymi, granatowymi liniami na pergaminie. Nie, nie wierzę. Zacisnęła mocno oczy, ale gdy je otworzyła, wszystko było dokładnie takie samo, jak przed chwilą.
W klatce piersiowej jakby nastąpiła eksplozja; nagły rozbłysk światła i kolorów, który prawie zwalił ją z nóg. Na krótką chwilę zapomniała, jak się oddycha i tylko rozkoszowała się tym narastającym we wnętrzu uczuciem. Cały jej umysł wypełniała jedynie czysta euforia.
Udało się, udało się, udało się. Nie bardzo wiem jak, ale udało się.
Głośny pisk rozdarł typowe popołudnie w pokoju wspólnym Gryfonów. Kilku uczniów skierowało się ku źródłu dźwięku, z niezrozumieniem przyglądając się, jak Skyler zrywa się z miejsca, wymachując w powietrzu listem. Szybko jednak ich zainteresowanie opadło i wrócili do przerwanych zajęć; niektórzy kręcili głową lub wywracali oczami.
Lily spojrzała na przyjaciółkę pytająco.
– Skyler? Wszystko w porządku? – spytała niepewnie Meredith, odkładając na stolik książkę o magicznych zwierzętach. Nachyliła się lekko w stronę Skyler i wyciągnęła przed siebie dłoń, zupełnie jakby chciała położyć ją na jej ramieniu, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie i opuściła ją na kolana, gdzie wygładziła materiał szkolnej spódnicy. Może spowodował to jej szalony wzrok?
Skyler chciała odpowiedzieć, że tak, że wszystko jest w najlepszym porządku, wręcz doskonałym, że wreszcie spełniły się jej marzenia… ale nie potrafiła sformułować żadnej z tych wiadomości, więc pokiwała tylko energicznie głową i obróciła się wokół własnej osi, przyciskając pergamin do piersi.
Lily i Meredith wymieniły skonsternowane spojrzenia.
– Jasne… – skwitowała Meredith z pewną rezerwą.
Lily dała jej kuksańca w bok.
– Przestań. Jak mówi, że wszystko w porządku, to pewnie tak jest. Jak będzie gotowa, to nam powie. – Przeniosła wzrok z Meredith na Skyler. – Prawda? Powiesz nam, jak już język znajdzie drogę do mózgu? – Uśmiechnęła się lekko.
Skyler wzięła głęboki oddech, starając się uspokoić goniące myśli.
– Dostałam zauważona przez rekrutera – wyrzuciła z siebie w końcu. Wzięła głęboki wdech i stanęła na wprost dziewczyn, uważnie przypatrując się ich twarzom. Z niecierpliwością czekała na ich reakcję.
Na Merlina! Muszę napisać do dziadka! Ale się ucieszy, jak się dowie!  
– I to o to było to całe zamieszanie? Chodziło o coś, co było absolutnie oczywiste? – Meredith wzruszyła ramionami i pokręciła głową z niedowierzaniem.
– Nie było – skwitowała Skyler.
– Jestem absolutnie przekonana, że było – potwierdziła Lily, zgadzając się z Meredith. – Co nie zmienia faktu, że mogłabyś chociaż udawać, że tak nie było. – Spojrzała na nią karcąco. – Strasznie się cieszę twoim szczęściem. – Wstała i przytuliła Skyler. – Jestem pewna, że będziesz cudowną szukającą, niezależnie od drużyny, do jakiej trafisz. Obiecuję uważnie śledzić twoje poczynania, chociaż mam nadzieję, że będziesz tak dobra i mnie o nich informowała, bo codzienne przeglądanie kolumny sportowej Proroka będzie stanowiło naprawdę duże wyzwanie – zażartowała.
– Niezmiernie mi miło w takim razie, że ze względu na mnie byłabyś gotowa na tak ogromne poświęcenie – starała się silić na poważny ton, ale nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem. – Potter! – wykrzyknęła, przestając się śmiać w ułamku sekundy, chociaż uśmiech nadal bąkał jej się na ustach. – Muszę podziękować Potterowi!
Szybko rozejrzała się po pokoju wspólnym ponad ramieniem Lily, która skrzywiła się na samo wspomnienie Jamesa, ale nigdzie nie dostrzegała Huncwotów. Musieli być w swoim dormitorium. Ruszyła w jego stronę szybkim krokiem, prawie potykając się o pierwszoroczniaków, którzy rozgrywali na podłodze partię gargulków.
Myśli krążyły w jej głowie jak szalone, przepychając się między sobą, tak jakby nie potrafiły zdecydować, co jest najważniejsze. Tyle rzeczy było do zrobienia, z tyloma osobami chciała podzielić się tą wiadomością…!
Potter. Musiała podziękować Potterowi. Nadal nie była w stanie zrozumieć, dlaczego tak się zachował podczas ostatniego meczu. Przecież wiedziała, że dla niego było to równie ważne, co dla niej, a on… Po prostu oddał jej wszystko. Takie całkowicie bezinteresowne zachowanie było nie do końca w jego stylu, a przecież nie myliła się, że oddał jej całą chwałę tamtego meczu całkowicie świadomie. Bo James Potter nie mógł popełnić takiego karygodnego błędu w obliczu rekruterów przypadkiem. Szczególnie że przecież zależało mu na karierze sportowej. Wszyscy o tym wiedzieli.
Remus wkradł się w jej myśli tak nagle i niepostrzeżenie, że aż zatrzymała się w pół kroku. Zacisnęła mocno dłoń na kamiennej poręczy schodów. Świadomość, że tak naprawdę to właśnie jemu chciała najbardziej pochwalić się tym sukcesem, uderzyła ją ze zdwojoną siłą, prawie zwalając ją z nóg.
Nie Lily i Meredith, nie dziadkowi, nie Potterowi, nie reszcie świata. Remusowi. Wzięła głęboki oddech. Jedynej osobie, od której powinna trzymać się z daleka. Która przecież, w gruncie rzeczy, nie była aż tak zafascynowana quidditchem. Podobnie jak Lily i Meredith. Ale jednak, mimo wszystko, chodziło właśnie o niego.
Wydawało jej się, że dziewczyny nigdy tak naprawdę nie rozumiały jej pasji do quidditcha. Mimo że zawsze przychodziły jej kibicować i cieszyły się każdym zwycięstwem Gryfonów, równocześnie czując, że uważają jej zamiłowanie do quidditcha za mniej ważne niż ich własne do magomedycyny czy magicznych zwierząt. Tak jakby quidditch był mniej wartościowy.
A jednak… odnosiła dziwne wrażenie, że to właśnie Remus cieszyłby się z tego sukcesu najbardziej ze wszystkich.
Spojrzała na swoje stopy, wzięła głęboki oddech i prosząc w duchu Merlina o siłę, zapukała mocno do drzwi męskiego dormitorium.
Drzwi się otworzyły, a ona musiała się zmierzyć z tym, czego najbardziej się lękała. Stał w nich Remus Lupin, z rozwiązanym krawatem i rozpiętym guzikiem pod szyją. Rzucił jej pytające spojrzenie, a ona, na chwilę, ledwie ułamek sekundy, utonęła w tych miodowych oczach.
– Ja… – zająknęła się. – Przyszłam do Jamesa. Jest? – spytała, zużywając do tego całą siłę woli, jaką posiadała.
– Tak – odparł gorzko, spoglądając za siebie. – Rogacz, do ciebie – rzucił. Odwrócił się do niej i spojrzał na nią tym przeszywającym spojrzeniem. – Wszystko w porządku? Mogę ci jakoś…
– O co chodzi? – wpadł mu w słowo James. Uśmiechnął się szeroko i oparł się nonszalancko o framugę, zaplatając ręce na piersi. – Przeszkadzam w czymś? – Zmarszczył brwi, wodząc wzrokiem od Skyler do Remusa i z powrotem.
– Nie – odparł Remus cierpko, odwrócił się na pięcie i odszedł w głąb dormitorium.
– Co go ugryzło? – zastanowił się na głos James.
Skyler wzruszyła ramionami, starając się wyglądać, jakby rzeczywiście niewiele ją to obchodziło, podczas gdy wewnątrz ponownie zdołał rozniecić się ogień, który tak ciężko było jej ugasić. A przecież obiecywała sobie, że da mu spokój, skoro właśnie tego pragnął. Szkoda tylko, że sygnały, które wysyłał, nie były bardziej jednoznaczne. Chociaż zapewne zwyczajnie wszystko sobie ubzdurała.
– Coś się stało? – wyrwał ją z zamyślenia James. Wróciła do niego nieobecnym wzrokiem. – Chyba czegoś ode mnie chciałaś, prawda?
– Chciałam ci podziękować.
James pokręcił głową z niezrozumieniem.
– Za mecz ze Ślizgonami. Że pozwoliłeś mi zabłysnąć. Dostałam list od rekruterów.
– To wspaniale! Gratulacje! – Uśmiechnął się jeszcze szerzej, choć Skyler nie sądziła, że to w ogóle możliwe, po czym zamknął ją w niedźwiedzim uścisku. – Strasznie się cieszę, że ci się udało! – Delikatnie odstawił ją na ziemię. – Powinniśmy to jakoś uczcić! Wiesz, jako drużyna. – Zmierzwił sobie włosy.
– A ty? Ty nic nie dostałeś? – Zmartwiła się.
James wzruszył ramionami.
– Może jeszcze nie przyszło. A może w ogóle nie przyjdzie. Najważniejsze, że tobie się udało.
– Ale… – urwała. – Byłam pewna, że to zawsze było twoje marzenie. Zostać profesjonalnym graczem w quidditcha.
Podszedł do balasek i oparł się przedramionami o poręcz, splatając przed sobą palce dłoni. Przesunął spojrzeniem po pokoju wspólnym.
– Wiesz, chyba mam trochę inne plany… – powiedział ciszej. I już nie aż tak radośnie, jak wcześniej, choć w kącikach ust nadal kryły się pozostałości wcześniejszego uśmiechu.
Skyler zmarszczyła brwi.
– Inne plany? Ale jak to? – Podeszła do Jamesa, przyglądając mu się z szeroko otwartymi oczami. Coś jej tu nie grało. Przecież to było jego wielkie marzenie. Kto wie, czy nie pragnął tego nawet bardziej niż ona. Jak to Potter. Zawsze pragnął wszystkiego mocniej niż inni.
– Nie mogę udawać, że wszystko jest w porządku i jak gdyby nigdy nic grać w quidditcha. – Odwrócił się lekko w jej stronę i wyprostował się z ciężkim westchnieniem. – Ale naprawdę, przeogromnie się cieszę, że tobie się udało. Wiem, że będziesz świetna – dodał z przekonującą pewnością w głosie, na co Skyler aż zarumieniła się delikatnie. Przytulił ją lekko. – Będziesz wspaniała – dodał jeszcze ciszej. – A teraz leć, pochwal się światu. Zobaczysz, wszyscy powiedzą, że absolutnie na to zasłużyłaś. – Odsunął ją na wyciągnięcie rąk i posłał jej promienny uśmiech.  
– Jak mogę ci się odwdzięczyć?
Wzruszenie zebrało jej się u podstawy szyi, ściskając w krtani. Przyłożyła dłoń do tego miejsca. Bała się, że nie istniała taka rzecz, która stanowiłaby wystarczającą zapłatę za takie wielkie poświęcenie. Nawet jeśli James zapierał się, że to już nie coś, o czym marzył.
James machnął ręką.
– Przestań. Nie musisz mi się w żaden sposób odwdzięczać. Cieszę się, że mogłem pomóc i że spełniłaś swoje marzenia.
– Wiesz przecież, że to jeszcze nic pewnego. Zawsze mogę nie przejść kwalifikacji…
– Przesadzasz. Jak nie ty, to kto?!
Skyler uśmiechnęła się lekko – ten żartobliwy komplement brzmiał zupełnie jak zapewnienie, że to wszystko to prawda.
– Będziesz wspaniała. A mnie nie musisz już więcej dziękować. Ani odwdzięczać się w żaden sposób – powtórzył się jeszcze, położywszy jej dłoń na ramieniu. – A teraz uciekaj pochwalić się innym, mówiłem serio.
– Jeszcze raz dziękuję – powiedziała ciszej, po czym złożyła na policzku Jamesa czuły pocałunek. Zbiegła w podskokach ze schodów, nie mogąc się aż doczekać napisania listu do dziadka, po drodze zepchnąwszy uporczywą myśl o Remusie gdzieś w odmęty umysłu.
Usiadła obok Meredith z przygotowanym pergaminem i kałamarzem. I choć pisała list, wciąż zastanawiała się, jak mogłaby wynagrodzić Jamesowi to poświęcenie. Niezależnie od tego, jak bardzo by się zapierał, że to niepotrzebne, że nie musi, że przecież on zrobił to z czystą przyjemnością… Czuła, że i tak powinna coś z tym zrobić. Nie potrafiła tylko znaleźć rozwiązania. Nie przychodziło jej na myśl nic, co mogłoby uszczęśliwić Jamesa, a czego jeszcze nie miał.
Wielki kleks przyozdobił treść listu, kiedy wreszcie doznała olśnienia. Szybko go usunęła i w te pędy dokończyła pisanie.
– Meredith, a gdzie właściwie jest Lily? – spytała, wkładając pergamin do zaadresowanej koperty.
– Hm? – Meredith podniosła wzrok znad książki.
– Lily. Gdzie jest Lily? – Spojrzała na nią wyczekująco.
– W bibliotece, nagle jej się przypomniało, że czytała coś tam w jakieś tam książce, co będzie idealne do jakiegoś tam wypracowania… Coś tam, coś tam.
– Dzięki. To ja lecę! – Poderwała się z miejsca.
– Tak, tak… To pa – mruknęła Meredith i wróciła do lektury.
Skyler wpadła jak burza do biblioteki, zdecydowanie zbyt energicznie otwierając skrzypiące drzwi, które wydały potępieńczy jęk. Karnie spuściła wzrok, gdy bibliotekarka spojrzała na nią wzrokiem bazyliszka.
– Przepraszam – szepnęła i ruszyła wzdłuż regałów, zaglądając w każdą wolna przestrzeń. – Lily – zawołała zduszonym szeptem. Niepewnie spojrzała za siebie, upewniając się, że bibliotekarka nadal stoi przy swoim biurku. Z chęcią zawołałaby głośniej, ale obawiała się, że mogłoby to nieść za sobą pewne długofalowe, niezmiernie nieprzyjemne konsekwencje.
– Skyler?
Lily wysunęła głowę zza jednej z półek. Zmarszczyła brwi.
– Wszystko w porządku? Wyglądasz, jakby poraził cię prąd. Błędny wzrok już jest, brakuje jeszcze tylko sterczących włosów.
Skyler potrząsnęła głową.
– Musisz umówić się z Potterem – wyrzuciła z siebie po chwili, starając się brzmieć bardzo perswazyjnie. Dodatkowo zamrugała szybko oczami i złożyła dłonie w proszącym geście.
Zaszkodzić nie zaszkodzi.
– Że co?! – wybuchła Lily. Jej krzyk odbijał się echem od kamiennych ścian. I pomyślałby kto, że te wszystkie regały z tysiącem książek jakoś to wygłuszą.  – Czy ciebie opuściła różdżka?! Czy ja wyglądam, jakbym postradała zmysły? Nie, Skyler! Nigdy, ale to nigdy,  w życiu nie umówię się z Jamesem Potterem!
Ułamkiem świadomości, który nie był zaabsorbowany nagłą reakcją Lily, Skyler zarejestrowała ostre staccato wybijane przez obcasy bibliotekarki.
Oho, to chyba nie był mój najlepszy pomysł. Zdecydowanie mogłam to lepiej przemyśleć. Rzeczywiście niezbyt mądrym pomysłem było załatwianie akurat tej sprawy w bibliotece.
Bez chwili zastanowienia chwyciła Lily za rękę i pociągnęła ją w kierunku wyjścia, biegiem mijając wściekłą jak osa bibliotekarkę, znikając za drzwiami szybciej, niż zdążyła się odezwać. Skyler zrozumiała powód, dopiero gdy zatrzymały się za załamaniem korytarza, a Lily spojrzała na nią morderczym wzrokiem, wciąż przyciskając do piersi kilka książek.
Nerwowo wcisnęła luźny kosmyk włosów za ucho, nie odrywając spojrzenia od Skyler.
– Rozumiem, że możemy uznać, że to wszystko było tylko głupim żartem i zapomnieć, że kiedykolwiek miało miejsce? – Lily westchnęła ciężko i wywróciła oczami. – A teraz pozwolisz, ale muszę wypożyczyć te książki.
Zdecydowanie zbyt dużo ludzi patrzy dziś na mnie, jakby ich największym pragnieniem było zamienienie mnie w kamień.
– Nie – weszła jej w słowo. – Musisz umówić się z Potterem.

Obserwatorzy

Follow by Email