niedziela, 1 lipca 2018

4. The times they are a-changin'

2 komentarze // Dodaj komentarz (+)


Lily zmrużyła oczy, gdy poraziło je poranne światło odbite przez tarczę czyjegoś zegarka. Przewróciła stronę książki do eliksirów leczniczych, którą opierała o krawędź stołu, drugą ręką sięgając po szklankę soku pomarańczowego.
– Lily, mogłabyś, proszę, podać mleko?
Głos Remusa oderwał ją od przepisu na Eliksir Uspokajający. Mruknęła twierdząco i sięgnęła po butelkę, po drodze potrącając szklankę, którą w ostatniej chwili udało jej się pochwycić, powstrzymując przed upadkiem i zalaniem stołu, a pewnie i swojej spódnicy.
Remus westchnął.
– Gdybym wiedział, że to takie niebezpieczne, sam bym sobie jakoś poradził – zażartował, gdy podawała mu naczynie.
– To wszystko przez ten eliksir… Nie do końca rozumiem punkt czwarty. – Westchnęła. – Ten przepis jest po prostu beznadziejny, brakuje najważniejszych informacji! No, bo jak to… warzyć na wolnym ogniu, odpowiednio długo, w razie potrzeby dolać wody? Jak mam niby rozumieć, kiedy jest tak potrzeba, skoro ani słowem się nie zająknęli na temat tego, jaki jest oczekiwany przez nich rezultat? Gęstość chociażby? – jęknęła.
– Wydaje mi się, że za bardzo się tym przejmujesz. – Obrzucił ją badawczym spojrzeniem i oddał jej butelkę. – Przecież to i tak wykracza poza szkolny materiał… Poza tym, jeśli aż tak cię to dręczy, spytaj o to Slughorna. Może akurat będzie umiał ci pomóc – zaproponował, zanurzając na kilka sekund torebkę z herbatą w mlecznym wrzątku. Pamiątką po tym wydarzeniu były jedynie fantasmagoryczne linie rozpływające się na powierzchni, które nawet niezbyt zmieniły barwę płynu. Lily nigdy nie potrafiła zrozumieć tego herbacianego barbarzyństwa, ale grzecznie nigdy nic na ten temat nie mówiła.
Wzdrygnęła się na swoim miejscu, gdy coś zimnego i mokrego dotknęło jej szyi. Już miała zdenerwować się na czyjś głupi wybryk i przeklinać jego chęć do porannych wygłupów, kiedy do jej świadomości dotarło, że do Wielkiej Sali wleciały sowy niosące poranną pocztę – listy, mniejsze i większe paczki i paczuszki, ale również, co stanowiło nieodłączny element Hogwarckich śniadań, prasę. Tym razem wraz z ptakami do środka wpadło całkiem sporo śniegu, który w cieple szybko rozpuszczał się i spadał z ich skrzydeł i niesionych przesyłek.
Lily rozglądała się po ptakach wlatujących przez otwarte okna, ale nigdzie nie dostrzegała Ateny. Posmutniała, jako że od kilku dni nie otrzymała odpowiedzi na list do rodziców.
Koniecznie muszę zajrzeć do czyjegoś Proroka i zobaczyć, jaka jest pogoda w domu. Może to przez to? Może Atenę zatrzymała jakaś śnieżyca albo inna zawierucha i teraz zwyczajnie nabiera sił na podróż powrotną…?
– Lily? Lily – wyrwał ją z zamyślenia zatroskany szept Remusa. Po plecach przebiegł jej dreszcz, gdy zdała sobie sprawę z tego, że jest za cicho. Zdecydowanie zbyt cicho.
Zupełnie jakby nawet ptaki postanowiły ucichnąć i zamarznąć w pół ruchu.
Aż bała się spojrzeć na Remusa, bo doskonale wiedziała, co znajdzie w oczach przyjaciela – zatroskanie, smutek, strach.
Z każdą chwilą powietrze przecinało coraz więcej poruszonych głosów. Zaczerpnęła powietrza, jakby na zapas, jakby bała się, że za chwilę miało go jej zabraknąć i spojrzała na pierwszą stronę Proroka Codziennego.
Kolejne tajemnicze zniknięcia! Czy aurorom uda się wytropić sprawcę? – głosił nagłówek, a pod nim dopisano niewiele tylko mniejszą czcionką: Czy jest to magiczne zwierzę, jak dotąd przypuszczano, czy może jednak za zaginięciami stoi czarodziej…?
Wszystkie włoski na przedramionach Lily stanęły dęba. Choć wszyscy doskonale o tym wiedzieli, nikt nie chciał mówić tego głośno: wszystkie zaginione osoby pochodziły z mugolskich rodzin lub związały się z mugolami. A to znaczyło, że ona może być następna.
Podskoczyła na krześle, gdy Remus przykrył jej dłoń swoją.
– Wszystko będzie w porządku, cariad. W Hogwarcie nic nam nie grozi – zapewnił przyciszonym głosem, pochylając się lekko w jej stronę, a z jego miodowych oczu biło uspokajające ciepło.
Ale co będzie potem, Remusie? Co będzie potem?, chciała spytać, ale słowa nie potrafiły przejść jej przez gardło.
– Remus. Musimy porozmawiać.
Głos Syriusza był twardy i stanowczy; tak bardzo niepodobny do jego zwykłego tonu, że Lily po raz kolejny zalała fala przerażenia. Skoro nawet ktoś taki jak Syriusz Black się boi, to co miała powiedzieć ona?
Remus skinął głową, po czym złożył gazetę i wstał od stołu. Spojrzał na nią przepraszająco i złożył na jej policzku krótki pocałunek.
– Porozmawiamy później, dobrze?
Lily westchnęła ciężko, odprowadzając wzrokiem Remusa do drzwi wyjściowych. Żałowała, że nie ma w pobliżu Skyler, która pewnie biegała jeszcze po zaśnieżonych błoniach, ani Meredith, która siedziała przy stole Hufflepuffu ze swoim bratem, Antonem.
Potrząsnęła głową, starając się odgonić uporczywe myśli. Sięgnęła po książkę, licząc, że w ten sposób uda jej się skupić na czymś innym. Jak choćby na tym cholernym przepisie na Eliksir Uspokajający.
Wodziła oczami po kolejnych linijkach instrukcji, ale coś nie pozwalało jej się skupić. To uporczywe, palące uczucie cudzego spojrzenia na sobie było tak silne, że aż trudne do zniesienia. Podniosła wzrok z nadzieją, że gdy upewni się, że to wszystko tylko jej się wydawało i było wywołane wcześniejszymi emocjami, wrażenie minie.
Jednak gdy podniosła wzrok przed siebie, zauważyła prefekta Ślizgonów, który wpatrywał się w nią zimnym, wręcz lodowatym, przeszywającym na wskroś spojrzeniem. A gdy spostrzegł, że i ona na niego patrzy, zamiast się speszyć, tylko uśmiechnął się z wyższością, a Lily przebiegł dreszcz po plecach, ponieważ było w tym spojrzeniu i w tym uśmiechu coś niesamowicie niebezpiecznego.
– O co chodzi? Mam nadzieję, że nie o kolejny żart, bo jeśli tak, to naprawdę…
– Ja chyba nie chcę wiedzieć, co naprawdę, więc przerwę ci już tutaj. Bo wiesz, czasami jak się rozgadasz, to… – Syriusz wpadł mu w słowo.
– Odezwał się pan wypowiadam-się-tak-zwięźle-że-bardziej-już-nie-można – prychnął Remus. – Syriuszu, naprawdę, gdybyśmy mieli urządzić konkurs, kto z nas jest największym gadułą, z pewnością nie ja zdobyłbym pierwsze miejsce – wywrócił oczami.
– Halo! Sprawa jest poważna, czy naprawdę nie możemy zostawić tych docinek na inną okazję? – wtrącił się James. Poprawił okulary, a w jego oczach dało się dostrzec poddenerwowanie. Rzucił Syriuszowi karcące spojrzenie.
– To o co chodzi? – ponowił pytanie Remusa Peter. – Musi być naprawde ważne, skoro nie dałeś im dokończyć.
James rozejrzał się niepewnie po korytarzu. O tej godzinie był jednak całkiem pusty.
– O to.
Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni szaty list, którym pomachał im przed twarzami. Remus spojrzał na Syriusza, a potem na Petera, ale obaj wydawali się równie skonfundowani, co on sam. James westchnął ciężko, jakby był zły, że żaden z nich nie potrafi mu czytać w myślach. – To od rodziców. Czytajcie. Jest gorzej niż myślicie. O wiele gorzej.
Rzucił im kartki na stojący obok parapet. Remus pochylił się nad tekstem, szybko biegnąc wzrokiem przez kolejne linijki, a z każdym zdaniem jego oczy rozszerzały się coraz bardziej.
Powinienem powiedzieć Lily czy raczej nie? Czy to wszystko nie przerazi jej jeszcze bardziej? Ale może przecież wolałaby wiedzieć? Ale… Jej rodzice. Przecież ich nikt nie ochroni. Nie ma kto ich bronić. Moja mama ma przynajmniej tatę. Może uda im się jakoś wywinąć z patowej sytuacji za pomocą magii, a rodzice Lily… Ich nie ma kto bronić, przemknęło mu przez myśl.
– To prawda? – zapytał cicho Peter, odwracając się tyłem do parapetu i spoglądając na Jamesa z niemą nadzieją.
– Przecież rodzice by mnie nie okłamywali. – James zaplótł ręce na piersi i spuścił wzrok na podłogę.
Peter pobladł na jego już i tak prawie białej twarzy, wodząc po nich wszystkich wzrokiem, zupełnie jakby liczył, że ktoś inny zapewni go, że to wszystko te jedynie bardzo kiepski żart. Kiedy się to nie stało, osunął się powoli po ścianie na zimną posadzkę i ukrył twarz w dłoniach.
– Cholera – wyrwało się tylko Syriuszowi.
Zanurzył dłonie we włosach i spuścił głowę. Remus chciał poklepać go pocieszająco po ramieniu, ale ten tylko odsunął się gwałtownie, więc jego dłoń trafiła jedynie w próżnię i gładko przecięła powietrze.
Remus ścisnął nasadę nosa i westchnął ciężko. Sięgnął po kartkę pozostawioną na parapecie. Sam nie wiedział, czy licząc na to, że uda mu się coś jeszcze z tekstu wyciągnąć, czy może jednak bardziej po to, by zająć czymś ręce.
– Wygląda na to, że pozostaje nam jedynie czekać na to całe Veritaserum i liczyć, że z niego dowiemy się całej prawdy. A nie tylko części, jak to miało miejsce z Prorokiem. I pomyśleć, że wszyscy całkowicie ufali temu, co publikował. – James potrząsnął głową. – Wciąż nie mogę w to wszystko uwierzyć – stwierdził cierpko. – Wszystko w porządku? Syriusz? Peter? – Obaj wyglądali jakby zamarli w miejscu i zapomnieli, jak się poruszać.
– Syriuszu?
Remus spojrzał na niego z niepokojem i chciał dotknąć jego ramienia, ale zanim zdążył to zrobić, Syriusz jakby wyrwał się z letargu i spojrzał na niego z takim gniewem w szarych oczach, że Remus aż cofnął się o krok.
Nie musiał nic mówić, by Remus zrozumiał. Doskonale wszystko rozumiał.
– Nie… Nie… To się nie dzieję naprawdę… – mamrotał cicho Peter pod nosem.
– Niestety nie możemy powiedzieć, że absolutnie się tego nie spodziewaliśmy. Ale chyba się ze mną zgodzicie, że sprawy przybrały taki, a nie inny obrót o wiele za szybko…
W powietrzu zamiast odpowiedzi zawisła jedynie dojmująca cisza.
James z niechęcią schodził po schodach prowadzących do lochów. Może i eliksiry nie były nawet jakimś najgorszym przedmiotem, ale było mu strasznie dziwnie chodzić na te zajęcia całkiem samemu. Peter i Remus nie chcieli ich kontynuować, bo uznali, że do niczego im się nie przydadzą, a Syriusz, nawet gdyby chciał, nie miałby takiej możliwości. Nie po tym, jak wysadził pół klasy, a drugie pół dość skrupulatnie pokrył mazią, która w żadnym wypadku nie przypominała tego, co mieli za zadanie wtedy uwarzyć. James nie miał teraz bladego pojęcia, co to mogło być, ale wzroku Slughorna nie zapomni chyba nigdy. Zaśmiał się pod nosem. Mimo upływu lat wciąż bawiło go to tak samo.
Zmarszczył nos i zakrył go rękawem szaty, gdy dotarł do niego obrzydliwy odór – zupełnie jakby ktoś zostawił nieprane od lat skarpetki w wiadrze pełnym zgniłych jaj albo coś równie obrzydliwego. Ktoś nieuważny musiał za bardzo zbliżyć się do jednej z cienkich warstw fioletowego pyłu, cofającego się przed światłem pochodni. Były one koszmarnie zdradliwe, bo w bardzo szybkim czasie znacznie zwiększały swoją objętość, tylko po to, by potem pęknąć i pozostawić po sobie ten niepowtarzalny zapach. Nie ma co, ciężko o lepszy mechanizm obronny. Szkoda tylko, że w lochach była tak słaba wentylacja, że smród będzie się tu utrzymywał jeszcze przynajmniej przez kolejne dwa tygodnie.
Z niebywałym uczuciem ulgi wpadł do sali, skrupulatnie zamykając za sobą drzwi. Skrzywił się, gdy zobaczył tych wszystkich Ślizgonów i aż zaczął się zastanawiać, czy tamten smród jednak nie byłby lepszy od ich towarzystwa. Wywrócił oczami i zajął miejsce w kącie klasy, byle jak najdalej od nich, za bezpieczną barykadą innych Gryfonów.
Ślimak potoczył wzrokiem po klasie, obciągnął kamizelkę opinającą się na okrągłym brzuchu i zaczął wykład teoretyczny na temat wywaru uspokajającego, który stanowił przedmiot dzisiejszych zajęć. James ponownie nie potrafił otrząsnąć się z niedowierzania, że złote guziki profesora jeszcze nigdy nie trafiły nikogo w głowę.
James niezbyt skupiał się na tym, co Ślimak mówił, dlatego z rozmyślań o wszystkim, co miało dziś miejsce, wyrwało go dopiero szuranie odsuwanych w pośpiechu krzeseł. Westchnął, widząc, jak wiele znaczenia miała ta chwila zawahania – przy szafce z ingrediencjami kotłował się tłumek uczniów, przepychających się w walce o brakujące składniki. Potrząsnął głową i przyciągnął do siebie podręcznik. Teraz już równie dobrze mógł zostać na miejscu i poczekać, aż sytuacja się chociaż trochę uspokoi. I tak nie miał szans na bycie pierwszym, nie żeby jakoś bardzo mu na tym zależało. A przynajmniej nie na tym przedmiocie. Bo co jak co, ale tak w ogóle to zwycięzcą lubił być bardzo. Może też po części dlatego tak bardzo uwielbiał rywalizację. Jeśli jednak idzie o eliksiry, to już dawno pogodził się z tym, że z Lily i Smarkerusem nie ma najmniejszych szans.
I tylko nie potrafił zrozumieć, czemu wszyscy inni nadal nie dorośli do tego, by to zaakceptować.
Próbował się skupić na przepisie i potrzebnych składnikach, ale jego wzrok bezwiednie osiadł na Evans i prześledził linię jej pleców, rąk, dłoni i delikatnych palców, które z wprawą kroiły abisyńskie figi, o których ostatnią garść kłóciło się właśnie dwóch Ślizgonów na tyle głośno, że zakłócali wszelkie inne dźwięki. Potrząsnęła głową, pewnie włosy znowu wpadały jej do oczu… James westchnął cicho. Nie sądził, żeby kiedykolwiek był w stanie uwolnić się spod czaru, który na niego rzuciła, chyba zupełnie nieświadomie, nawet nie wiedząc kiedy.
Potrząsnął głową, starając się oczyścić umysł. Może i nie będzie pierwszy, ani nawet drugi, ale dobrze byłoby w ogóle ten eliksir skończyć. Ze świadomością, że stracił już wystarczająco dużo czasu, w pośpiechu zabrał się do pracy.
– Zrobiłeś to specjalnie, Snape! – warknął ktoś z przodu, zrywając się z miejsca tak gwałtownie, że krzesło aż uderzyło z głośnym trzaskiem o posadzkę.
James powoli wypuścił powietrze z płuc, a dłonie mimowolnie zacisnęły się w pięści. Snape oczywiście jak zwykle zachowywał się jak niewiniątko i udawał, że nie ma z całym zajściem nic wspólnego. Typowe.
Gdybym tylko mógł… Warknął cicho, po czym powrócił do krojenia ze zdwojoną pasją, jaką naprawdę rzadko dało się u niego zaobserwować w trakcie eliksirów.
Nigdy się nie lubili. Już od pierwszych chwil, od spotkania w pociągu wiedział, że ta znajomość nie skończy się pozytywnie. Zresztą już samo to, że Smarkerus tak strasznie chciał być w Slytherinie, mogłoby do tego wystarczyć. Ale okazało się, że dzieli ich o wiele, wiele więcej.
Zaczęło się od zwykłych żartów, prób dopieczenia sobie nawzajem, które z niezrozumiałych powodów jemu zawsze uchodziły na sucho i wszyscy brali go za pokrzywdzonego biedaka na którego uwzięli się Huncwoci. Z czasem ich antypatia narastała, a żarty przerodziły się w coraz poważniejsze potyczki. James jednak nie żałował niczego. W końcu bez ryzyka nie ma zabawy, nie?
Ale kiedy zaczął interesować się Lily, ta niekoniecznie zdrowa relacja zaczęła ewoluować. I chociaż dla Syriusza i reszty pozostawała taka sama, dla Jamesa kompletnie się zmieniła. Ciężko było mu patrzeć, jak spędza czas z Lily, jak ona obdarza go uśmiechami, na które on nigdy nie mógł liczyć, a które równocześnie były tak inne od tych, którymi obdarzała Remusa. Więc starał się jeszcze bardziej.
Aż wszystko się roztrzaskało. Tamtego gorącego popołudnia. Wciąż pamiętał słońce palące go po twarzy, wszystko się spieprzyło.
I to była tylko i wyłącznie moja wina, dotarło do niego, niczym rażenie piorunem. Ostrze noża gładko weszło w dłoń.
A co jeśli przez te wszystkie lata skupiałem się na nienawiści do Smarkerusa, a należało się skupić na tym, jak wielką krzywdę wyrządziłem Lily? Mojej cudownej, kochanej Lily, która niczym sobie na to wszystko nie zasłużyła…?
Siedział w miejscu osłupiały, zupełnie jakby czas się zatrzymał i tylko krew powoli skapywała z jego dłoni, tworząc kałużę na lakierowanym drewnie.



Aktualizacja: 1 lipca 2018 [stara wersja].

Obserwatorzy

Follow by Email