poniedziałek, 23 stycznia 2017

31. Good day sunshine

13 komentarzy // Dodaj komentarz (+)

Długo wyczekiwana sobota wreszcie nadeszła. I to nie byle jaka sobota. Co prawda pogoda nie była aż tak doskonała, jak można by to sobie wymarzyć, ale Skyler i tak głęboko wciągnęła chłodne, pachnące jesiennymi liśćmi powietrze. Mimo że musiała wrócić się do wieży Gryffindoru po gruby sweter i wcisnąć dłonie w kieszenie, uśmiechała się szeroko i nieśpiesznym krokiem kierowała się ku Hogsmeade.
To ubiegłe półtora miesiąca okazało się bardzo trudne. Właściwie spodziewała się, że nie będzie lekko, ale nie przypuszczała, że los zrzuci jej na głowę aż tyle. Jej dni szczelnie wypełniały lekcje, quidditch i zadania domowe. Kiedy już udawało jej się dokończyć pracę, miała siłę tylko na to, by doczołgać się do łóżka. Była tak zmęczona, że nawet nic jej się nie śniło. Choć to prawdopodobnie akurat lepiej.
Jakby tego było mało, temat Remusa wciąż pozostawał otwarty, zupełnie jakby jej umysł postawił sobie za cel rozdrapanie się do krwi. Wciąż nie potrafiła tego wszystkiego poukładać. Coś, co z jednej strony było tak proste, z drugiej… Potrząsnęła głową, czując uciążliwy ucisk w piersiach. Niestety zachowanie samego zainteresowanego wcale a wcale niczego nie ułatwiało.
Mocniej zacisnęła pięści ukryte w kieszeniach. Bacznie zwracała uwagę na jego zachowanie podczas ostatniej pełni. Nie potrafiła przejść do porządku dziennego nad tym, że jego słowa okazały się prawdą. Bo przecież to nie mogło być jednym ogromnym zbiegiem okoliczności. Prawda?, spytała samą siebie. Miała ochotę krzyczeć. Dlaczego musiała wkopać się akurat w coś takiego? Mimo wszystko, wciąż nie pozbyła się tej resztki nadziei, że uroiła sobie tamtą rozmowę i wyłącznie szukała drugiego dna tam, gdzie go nie było. A Lupin tylko zaśmiałby się głośno z jej głupoty.
Czuła, że powinna się go bać. Że tak wyglądałaby zdrowa reakcja na takie rewelacje. Ale z drugiej strony… to właśnie przy nim czuła się tak naprawdę bezpieczna. Jakby całe zło miało omijać ich szerokim łukiem.
Ale przecież to niczego nie zmienia. To wciąż Remus. Mimo jego zapewnień, że był groźnym potworem, że nigdy nie mogłaby czuć się przy nim bezpieczna… w dziwny i niezrozumiały dla niej sposób, ufała mu. W gruncie rzeczy trochę ją to przerażało.
Wciąż nie potrafiła sobie wybaczyć, że przez te wszystkie lata była aż tak ślepa, że nie zauważyła zupełnie niczego. Jak mogła… Przecież ich sypialni nie dzieliło więcej niż kilkadziesiąt stóp.
Pozostawało jedno pytanie – co, jeżeli Remus wcale jej nie chciał…? Drobna wątpliwość, niby nic, ale za nic nie potrafiła wyrzucić jej z głowy. Bo co, jeśli to całe jestem potworem miało być jedynie zasłoną dymną? Albo kolejnym żartem? Dziwacznym sposobem, żeby nie mówić wprost, co naprawdę o niej myślał? A pobyt w skrzydle szpitalnym to jedynie efekt pakowania się w kłopoty, dziwnym zbiegiem okoliczności pokrywający się z pełnią? Westchnęła głośno.
Złapała się za szyję, krzywiąc się z bólu. Przystanęła na moment i zatoczyła głową koło, raz w jedną, raz w drugą stronę. Syknęła cicho, ale po chwili przyszła ulga.
Ta nadmierna ilość treningów zdawała się jej nie służyć. Mecz ze Slytherinem zbliżał się coraz większymi krokami, a James wpadł w istny treningowy szał. Nawet ta jedna wolna sobota kosztowała ją wiele próśb – James oczywiście uznał, że jeśli odpuszczą choć na chwilę, to z pewnością… Ślizgoni rozłożą ich na łopatki. A przecież wiesz, Skyler, jak bardzo potrzebujemy tej wygranej, powtarzał niczym mantrę.
W rzeczywistości nie chodziło o zwykłą rozgrywkę między domami. Raczej o możliwość oglądania meczu przez rekruterów i szansę na zostanie zawodowym graczem quidditcha, co byłoby… spełnieniem marzeń.
Weszła do Miodowego Królestwa, gdzie już czekały na nią Lily i Meredith. Więcej nie pomyślę tego dnia o Remusie Lupinie, postanowiła. Uśmiechnęła się szeroko i przepchnęła się przez zgromadzonych wewnątrz uczniów, i dołączyła do nich przy stoisku z nowościami. Z zaciekawieniem przyglądały się kandyzowanym jabłkom pływającym w syropie. Skyler lekko przechyliła głowę. Jak to możliwe? – miska z syropem lewitowała prawie dwie stopy nad półką. Dnem do góry.
– Chcecie tego spróbować? – spytała, spoglądając na Lily i Meredith. – Ja stawiam!
– Jak ty stawiasz, to niech będzie! – Meredith, klasnęła w dłonie.
– Muszę jeszcze tylko znaleźć moje miotełki. Mam nadzieję, że dalej je robią. – Skyler, stanęła na palcach i rozejrzała się po zatłoczonej cukierni.
– Masz na myśli te miotełki, które Black zaraz wyniesie razem ze stolikiem ze sklepu? – spytała Lily, zniesmaczona wskazując na Syriusza układającego sobie w ramionach piramidę pudełek.
– Może lepiej się pośpieszę, zanim zdąży zabrać wszystkie. – Pokręciła głową z pobłażaniem. – Weźmiecie trzy porcje i spotkamy się przy kasie? – rzuciła do nich na odchodnym.
– Jasne. – Lily przełożyła trzy pudełka różowych lodów kokosowych na stertę słodyczy w ramionach Meredith i sięgnęła po chochlę, po czym zamarła, zabawnie przekrzywiając głowę.
Ciekawe, w jaki sposób należy je uwolnić? A może to jedynie przedwczesna halloweenowa pułapka?
– Przepraszam, przepraszam, przepraszam. – Spojrzała w stronę półki z czekoladowymi miotełkami i zauważyła, że Syriusz zdążył splądrować je prawie do reszty.
Co to, to nie! Szybko zaczęła się przepychać w jego stronę.
– Zostaw coś dla mnie, łakomczuchu! – upomniała go.
Uderzyła go w dłoń sięgającą po ostanie leżące na ladzie pudełko i sama je podniosła. Zastanowiła się przez ułamek sekundy, po czym zabrała mu jeszcze dwa pudełka ze szczytu stosu ułożonego w ramionach.
– Ej! – wypalił. – To moje ulubione – powiedział smutno, patrząc, jak pudełka zniknęły w ramionach Skyler. Wykrzywił usta w podkówkę i zamrugał kilkakrotnie.
– Och, przestań! Myślisz, że weźmiesz mnie na litość? Przecież i tak tego wszystkiego nie zjesz. – Wywróciła oczyma. – Poza tym nikt cię w domu nie nauczył, że ładnie się dzielić z innymi? – spytała, machając mu przed nosem jednym z pudełek.
– Tak. – Skrzywił się. – I właśnie dlatego miałem zamiar podzielić się z Jamesem, Remusem i Peterem.
Skyler uniosła brew, słysząc w jego głosie fałszywą nutę.
– Tak… A nie raczej schować głęboko w kufrze i podjadać po kryjomu…? – spytała rozbawiona.
– Winny – przyznał, wzruszając ramionami. – Mówiłem już, że to moje ulubione…? – Ściszył głos, nachylając się w jej stronę. – A to twoja wina! – Zmarszczył nos.
Pokręciła głową.
– Wybacz. A teraz przepraszam, dziewczyny na mnie czekają. – Już miała się odwrócić, ale dostrzegła sylwetki pozostałych Huncwotów, którzy porzucili stanowisko z musami-świstusami. – Za to ty chyba musisz wymyślić, w jaki sposób schować miotełki przed chłopakami, bo właśnie tu idą. To pa! – dodała konspiracyjnie, pochylając się w stronę Syriusza.
Spojrzała krótko na Remusa i serce zakłuło ją boleśnie. Potrząsnęła głową, zupełnie jakby w jakikolwiek sposób miało to pomóc jej wyrzucić Remusa z głowy. Przecież postanowiła, że dziś nie będzie o nim nie myśleć. Rzuciła mu jeszcze jedno spojrzenie i z trudem odwróciła się w kierunku dziewczyn.
– Co tak długo? – rzuciła zniecierpliwiona Lily, gdy Skyler udało się przedrzeć do kasy.
– Musiałam pertraktować!
Lily wywróciła oczami.
– Możemy już iść, zanim zajmą wszystkie miejsca w Trzech Miotłach?
– Już idziemy, nerwusie, już idziemy. – Skyler skierowała się do kasy.
– Czy ty przypadkiem o czymś nie zapomniałaś? – spytała rozbawiona Lily, wkładając jej w dłonie woreczek z jabłkami wciąż mokrymi od syropu. – Obiecałaś zapłacić, nie pamiętasz?
Mam nadzieję, że w pewnej odległości będzie trochę łatwiej, pomyślała z ciężkim sercem, całą siłą woli zmuszając się, by nie obejrzeć się za siebie i nie zacząć szukać Remusa wzrokiem.
Zgodnie z przewidywaniami Lily, większość miejsc w Trzech Miotłach została już dawno zajęta.
– Tam! – wykrzyknęła nagle Meredith, wskazując jedne z ostatnich wolnych miejsc. Szybko ruszyła w stronę stolika, bojąc się, że ktoś mógłby je ubiec.
Lily wzdrygnęła się, kiedy dotarło do niej chłodne powietrze wpadające przez otwarte przed chwilą drzwi. Czym prędzej podążyła za Meredith. W głębi lokalu było znacznie cieplej, choć nie na tyle, by chciała ściągnąć wierzchnią szatę. Spojrzała na Skyler ze współczuciem – energicznie rozcierała sobie ramiona.
– Aż tak ci zimno? – zmartwiła się. – Przecież ubierałaś dzisiaj ten ciepły sweter z kangurem!
– Ciepły nie ciepły, nie zmienia to faktu, że strasznie tu zimno.
– Wydaje mi się, że odrobinę przesadzasz – westchnęła Meredith, wieszając płaszcz na oparciu krzesła i ściągając szalik z szyi.
– Chyba właśnie ty – zaśmiała się Lily. – Przecież nie jest tutaj aż tak ciepło.
– Mnie jest. – Wzruszyła ramionami.
– Co wam podać, moje drogie? – Stanęła obok nich Madame Rosmerta, z łatwością utrzymując w powietrzu tacę wypełnioną pustymi kuflami. Prawie tak, jakby wcale nie jej nie zauważała. Lily przy każdej wizycie nie mogła wyjść z podziwu, z jaką lekkością manewrowała z nią pomiędzy gośćmi. – To co zawsze? Jeden napar korzenny, dwa piwa kremowe?
– Tak – odparła Lily, wpatrując się jak zauroczona w kufel, który już miał się zsunąć z czubka piramidy, ale Rosmerta w ostatniej chwili przekrzywiła tacę w taki sposób, że ten wrócił na poprzednie miejsce.
– Już podaję. – Rosmerta obdarzyła je szerokim uśmiechem i odeszła w kierunku kuchni, powabnie kręcąc biodrami.
– Napisałyście pracę na Zielarstwo? – spytała Lily, mimowolnie bawiąc się leżącymi na stoliku rękawiczkami Skyler.
– Na Merlina, Lily, jest sobota! Jesteśmy w Hogsmeade, czy ty chociaż na chwilę nie potrafisz przestać myśleć o nauce? Zarządzam zakaz rozmawiania o szkole! To całe gadanie o nadchodzących owutemach na każdej lekcji już wychodzi mi bokiem. Chciałam tylko jeden, normalny dzień. Bez lekcji, zadań domowych, egzaminów i quidditcha – odpowiedziała Skyler.
– Ktoś tu mówił coś o quidditchu?
Lily nieznacznie podskoczyła na krześle, kiedy znikąd za jej plecami wyrósł Potter. Dreszcz przebiegł jej po kręgosłupie, starała się jednak wyglądać na zupełnie niezainteresowaną.
– Tak, James, mówiłyśmy właśnie, że dzisiaj nie rozmawiamy o quidditchu! – stwierdziła Skyler gwałtownie.
Lily nie musiała się nawet odwracać, by wiedzieć, że James już chciał wtrącić swoje pięć knutów. Jak zawsze w gorącej wodzie kąpany. Wywróciła oczami. Tylko dlaczego, mimo tych wszystkich lat, wciąż działał na nią dokładnie tak samo?
Dopiero kiedy zauważyła pytający wzrok Meredith i skonsternowaną minę Skyler, zorientowała się, że to nie wydarzyło się tylko w jej głowie.
– Możemy się przysiąść? – Syriusz obszedł stolik i, stanąwszy pomiędzy Skyler a Meredith, położył dłonie na oparciu wolnego krzesła. – Nie ma już innych wolnych miejsc.
– Jasne – rzuciła od razu Skyler, uśmiechając się lekko do Blacka.
Lily gwałtownie wciągnęła powietrze, rzucając Skyler oburzone spojrzenie. Jak tak mogła decydować za nie wszystkie? Przecież… wcale a wcale nie chciała spędzać tego południa z Potterem. Wzdrygnęła się.
– Ale nie ma aż tyle miejsc! – żachnęła się, zaplatając dłonie na piersiach.
– Spokojnie, Lily, zaraz załatwimy jakieś krzesła – powiedział Remus, ściskając jej ramię. Jakby odrobinę zbyt mocno. Obrzucił szybkim spojrzeniem stolik. Lily zmarszczyła brwi. Zupełnie jak gdyby coś było nie tak. Nie miała tylko pojęcia, o co mogło chodzić. Przecież gdyby coś się stało, Remus by jej powiedział, tego była pewna.
– Wiesz, Lily, jeśli tylko chcesz, zawsze mogę wziąć cię na kolana! – wtrącił entuzjastycznie James, lekko się nachylając w jej stronę.
– W twoich snach, Potter. – Skrzywiła się z powodu tego, jak zareagowało jej serce, ściskając się boleśnie na jego bliskość. Kiedyś była pewna, że wszystkie podobne reakcje jej ciała szybko się skończą. Och, jakże się myliła. Westchnęła ciężko w duchu.
Kątem oka dostrzegła bystre spojrzenie remusowych oczu i dreszcz przeszedł ją po plecach. Czasami odnosiła wrażenie, że Remus doskonale wiedział o wszystkim, co działo się w jej głowie. Że dobrze znał prawdę o jej uczuciach do Pottera. Chociaż tak bardzo starała się ją ukryć nawet przed samą sobą.
– Zrobiliście już zadanie na zielarstwo? – spytał, gdy już wszyscy usiedli.
Lily cieszyła się w duchu, że Jamesowi przypadło miejsce po przeciwnej stronie stołu, między Meredith a Syriuszem.
Skyler ukryła twarz w dłoniach, aż trzęsąc się ze śmiechu.
– Na Merlina, od razu widać, że prefekci – stwierdziła, gdy już udało jej się uspokoić, ocierając łzy z kącików oczu.
Co z tego, że wyniki są dla mnie ważne? Przecież to ostatni rok! Muszę dobrze napisać egzaminy, żeby móc w ogóle myśleć o zostaniu magomedykiem!, pomyślała Lily, prychając cicho.
– Zupełnie tak, jakbyś ty się nigdy nie uczyła, Skyler – rzuciła obrażona, marszcząc brwi.
Skyler machnęła na nią ręką.
– Nie rozmawiajmy o szkole, błagam.
– Tak, tak się umawiałyśmy – poparła ją Meredith w chwili, kiedy do ich stolika podeszła Madame Rosmerta z ich napojami.
– Proszę… – Postawiła kubek i kufle przed nimi. – A panom co podać?
– Cztery razy piwo? – zapytał James, spoglądając na pozostałych.
Każdy z nich kiwnął głową. Lily zaśmiała się w duchu na widok ich niezwykle pewnych min, jakby decydowali co najmniej o kolejnym kawale.
– Cztery kremowe piwa poprosimy – powtórzył James do Madame Rosmerty, uderzając dłońmi o blat stolika.
– Wiesz, że wyglądasz dzisiaj olśniewająco? Ta zieleń tak niesamowicie podkreśla twoje oczy – wtrącił Black, obracając się całym ciałem w jej stronę i posyłając jej olśniewający uśmiech.
Lily wywróciła oczami. To nie w porządku, że niektórzy załatwiają wszystko na piękne oczy, a inni, by osiągnąć to samo, muszą harować jak woły, skrzywiła się, potrząsając głową.
– Zaraz przyniosę – odparła Rosmerta promiennie i szybko odeszła w swoją stronę.
Lily mogłaby przysiąc, że przez ten ułamek sekundy, zanim zdążyła się odwrócić, zauważyła płomienny rumieniec na jej policzkach.
Lily upiła łyk swojego naparu korzennego i od razu poczuła, jak ciepło przyjemnie rozpływało jej się po całym ciele. Uśmiechnęła się lekko, przez chwilę przyglądając się każdemu z przyjaciół. Wreszcie wszystko było w porządku. 

Opóźnienie jest tak ogromne, że może po prostu je przemilczę i napiszę tylko: przepraszam.

Obserwatorzy

Follow by Email