niedziela, 28 lutego 2016

24. Summertime



Wraz z początkiem sierpnia do Cokeworth dotarła fala upałów, utrzymująca się już prawie tydzień, dając się wszystkim mieszkańcom we znaki. Lily, siedząc na leżaku w ogródku za domem, przewróciła stronę Przeminęło z wiatrem, po raz kolejny wzdychając nad głupotą Ashleya, i poprawiła rondo kapelusza, który przechylił się, odsłaniając podbródek.
Nieświadomie zaczęła wachlować się listem z Hogwartu użytym jako zakładkę. Choć rozpierała ją duma z powodu mianowania na prefekta naczelnego, żałowała, że nie zdołała się właściwie cieszyć wyróżnieniem. Mimo że rodzice bardzo się ucieszyli, to tylko rozeźliło Petunię, stającą się jeszcze bardziej zazdrosna i domagającą się uwagi rodziców.
Lily żałowała, że nie mogła zwrócić się do przyjaciół, ponieważ w gruncie rzeczy czuła się bardzo samotna. Skyler wyjechała z dziadkiem na mistrzostwa, a zaraz po nich udawała się na resztę wakacji do rodziców ojca mieszkających we Francji. Lily nie chciała zawracać Meredith głupstwami, podczas gdy przyjaciółka miała o wiele poważniejsze problemy. Evans pokręciła głową z niedowierzaniem. Po raz kolejny nie potrafiła pojąć, jak to się stało, że związek dziewczyny z Gallagerem się rozpadł. Co najgorsze, Meredith raczej unikała tematu, więc tak naprawdę żadna z nich nie wiedziała, o co właściwie poszło.
Dodatkowo sytuacja w domu nadal nie prezentowała się ciekawie. Rodzice wychodzący na znaczną część dnia do pracy zostawiali obie córki wyłącznie we własnym towarzystwie. Dla Lily okoliczności szybko okazały się nie do zniesienia. Wszakże przy rodzicach Petunia jeszcze starała się udawać – choć wkładała w to wyłącznie tyle energii, ile było absolutnie konieczne – że tolerowała młodszą siostrę, to raptem znikali za drzwiami mieszkania, otwarcie nią gardziła.
Petunia nie tylko wyrządzała Lily ból, ale również sprawiała, że powracały dawne, nieco już zakurzone wspomnienia, których wcale nie chciała przywoływać. Świadomość, że dawniej było lepiej. A wraz z nią ten dojmujący żal, że przeszłość już nigdy nie wróci.
Dawniej, kiedy magiczny świat dopiero stawał przed nią otworem, wszystko wydawało się inne. Zamiast śmiertelnych wrogów były najlepszymi przyjaciółkami i powierniczkami sekretów, rozmawiającymi językiem niezrozumiałym dla nikogo poza nimi. A później wkroczył między nie chłopak ze Spinner’s End, niosąc ze sobą magię i niezgodę.
Snape udawał jej przyjaciela, równocześnie coraz bardziej się oddalając. Lily do dziś nie potrafiła pojąć, dlaczego Severusowi ubzdurało się, że różniła się czymkolwiek od pozostałych mugolaków, którymi coraz otwarciej gardził.
Tamto pamiętne popołudnie, kiedy nazwał ją szlamą, ostatecznie ich rozdzieliło. Szlama utkwiło w umyśle Evans niczym zadra pod paznokciem i nie istniał żaden sposób, by się jej pozbyć.
Lily czasami żałowała, że list z Hogwartu nie przyszedł również do Petunii. Miała już dość goryczy w każdym słowie, pozornie ukrytej pod stertą wyzwisk, wypowiadaną z cichym sykiem, jakby przez zaciśnięte zęby.
To wszystko składało się na niezbyt udane wakacje, mimo miłych, ciepłych, letnich wieczorów spędzanych wspólnie z rodzicami. Samotne dni w towarzystwie Beatlesów, a także ton powieści sprawiały, że coraz bardziej chciała się wyrwać z Cokeworth i wrócić do przyjaciół oraz szkoły. Do miejsca, gdzie w pełni ją akceptowano. Gdzie nie musiała kryć się po kątach ani udawać zwyczajnej. Gdzie po prostu mogła być sobą.
Z hukiem zatrzasnęła książkę, ponieważ od dobrej chwili czytała w kółko jedno zdanie, a jego sens wciąż do niej nie docierał. Szybkim krokiem wpadła do domu i, zgarnąwszy kilka rzeczy z pokoju, zamknęła się w łazience. Wzięła chłodny prysznic – krople rozbijające się na zaczerwienionej skórze okazały się doskonałym remedium na upał i skołatane nerwy.
Stojąc przed lustrem, suszyła różdżką mokre włosy i z nieskrywaną awersją wpatrywała się w swoje piegi, które od słońca stały się bardzo widoczne. Miała wręcz wrażenie, jakby wybijały się na pierwszy plan, momentalnie przyciągając wzrok. Z niechęcią sięgnęła po słoiczek z uwarzonym eliksirem – niestety wcale nie pomagał bardziej niż stosowany kiedyś sok z cytryny. Przetarła nim miejsca, gdzie plamek pojawiło się najwięcej.
Włożywszy czerwoną sukienkę w białe grochy, wypadła z łazienki i z głośnym staccato zbiegła na parter. Szybko naskrobała wiadomość dla rodziców, zawiesiła ją na lodówce, po czym wyszła z domu.
Gdy tylko szczęśliwie aportowała się w zacienionym zaułku, spadła na nią kurtyna letniego deszczu. Wybiegła na główną ulicę, która z powodu opadów okazała się trochę wyludniona, i weszła do pierwszego napotkanego sklepu z zamiarem przeczekania tego pogodowego kaprysu.
Kątem oka uchwyciła swoje odbicie w witrynie i westchnęła ciężko. Wystarczyła krótka chwila, by włosy ponownie się poskręcały. Pokrążyła chwilę po sklepie, a kiedy zauważyła, że zaczęło się przejaśniać, kupiła największą czekoladę z orzechami, jaką potrafiła znaleźć, i wyszła na ulicę.
Przez chwilę błądziła po centrum, nie mając pewności, czy aby na pewno kierowała się w dobrą stronę. To wszystko wcale nie było dobrym pomysłem, pomyślała, potrząsając głową. W ten sposób nigdy nigdzie nie zajdę, dodała, postanawiając zaczepić przechodnia z pytaniem o wskazanie drogi. Ku jej wielkiemu zdziwieniu, okazało się, że cel jej wyprawy znajdował się na tyle daleko, że najlepiej jeśli wsiądzie w autobus i wysiądzie na czwartym przystanku.
Kiedy wreszcie znalazła się na osiedlu czteropiętrowych bloków, kościelne dzwony właśnie wybijały piętnastą trzydzieści. Ze znalezieniem konkretnego budynku miała już o wiele mniejsze problemy i szybko wdrapała się na trzecie piętro. Poprawiła sukienkę i, uśmiechnąwszy się szeroko, zadzwoniła do drzwi.
Odpowiedziała jej tylko głucha cisza. Po chwili ponownie wdusiła dzwonek, wyraźnie słysząc niskie buczenie za ścianą. Odczekała jeszcze moment, rozglądając się wkoło po noszącej już ewidentne znaki czasu klatce schodowej, jednak nadal nie uzyskała odpowiedzi. Po lekkim zawahaniu wycofała się przed blok, gdzie usiadła na zewnętrznych schodach, wyciągając z torebki książkę i pokornie przyjmując karę od wszechświata za to, że pragnęła zrobić przyjacielowi niespodziankę.
Remus uporczywie pedałował w stronę domu. Dziękował Merlinowi za dzisiejszy deszcz, mimo że przemoczył go do suchej nitki. Naprawdę nienawidził upałów. Choć wśród mugoli teoretycznie nie musiał zachowywać aż takich środków ostrożności, i tak zostałby obrzucony nieprzychylnymi spojrzeniami, gdyby ktoś zauważył, jak wiele blizn zdobiło jego ciało. Najbardziej obawiał się, że mogłoby to dołożyć rodzicom kłopotów, a niczego bardziej nie pragnął, jak im tego oszczędzić. I bez tego mieli wystarczająco dużo problemów.
Cierpliwie odliczał dni, jakie pozostały do powrotu do Hogwartu. Jakkolwiek kochał rodziców, te dwa miesiące z dala od przyjaciół były dla niego istną męką – a już w szczególności wakacyjne pełnie, kiedy przebywał sam na sam z całym swoim bólem. Skręcił w drogę dojazdową do osiedla, w głębi ducha ciesząc się, że przerwa od szkoły powoli dobiegała końca. Odczuwał lekki lęk na myśl, że przed nimi klasa owutemowa, ale koniec końców zdecydowanie bardziej wolał się uczyć, niż rozwozić pizze ze słońcem grzejącym w plecy. Jedyne pocieszenie płynące z tego codziennego wysiłku stanowiła stopniowo zapełniająca się skarbonka.
Zastanawiał się właśnie z podekscytowaniem, na ile komiksów starczyłyby zebrane pieniądze, gdy nagle pobladł i zmarkotniał, mimowolnie zaciskając dłonie na kierownicy. Z całą mocą uderzyło go, że kiedy skończy się nadchodzący rok szkolny, nie wróci już do rodzinnego domu na wakacje. Świadomość, że oto za rogiem czekało dorosłe życie, sprawiła, że oddech uwiązł mu w gardle. Ta myśl wcale nie okazała się tak budująca, jak można by się spodziewać.
Stopniowo zwalniał, zbliżając się właśnie do swojego bloku, kiedy jego uwagę przykuła dziewczyna siedząca na schodach prowadzących do jego klatki schodowej. Promienie słońca rozbijały się na jej włosach, wydobywając z nich miedziane refleksy, a w jej sylwetce kryło się… coś dziwnie znajomego.
– Lily? – zdziwił się, zsiadając z roweru i podchodząc bliżej.
– Remus! – Zerwała się z miejsca, rzucając się mu na szyję, prawie go przewracając. Nerwowymi ruchami wepchnęła do torebki opasłe tomiszcze, równocześnie wyszarpując z niej coś innego. – Gratulacje dla pana prefekta naczelnego! – Wyciągnęła czekoladę z orzechami w jego stronę.
– W takim razie musisz chyba znaleźć innego odbiorcę tej czekolady, cariad. A szkoda, bo to moja ulubiona – odparł ze słodko-gorzkim uśmiechem i lekkim uciskiem w klatce piersiowej.
– Ale jak to? – spytała skonsternowana, markotniejąc w ułamku sekundy. – Byłam pewna…
– Nie zostałem naczelnym. I nie, nie wiem, kto został. Też się zastanawiałem.
– Przykro mi – odpowiedziała, po czym wbiła wzrok w pęknięcie w chodnikowych płytach. – W takim razie czekolada na pocieszenie dla pana prefekta! – dodała z szerokim uśmiechem, wciskając ją Remusowi w dłonie.
– Przynajmniej zyskam więcej czasu na naukę – stwierdził, spoglądając na Lily przyjaźnie.
Nadal nie potrafił uwierzyć, że naprawdę przed nim stała. Niewiele myśląc, ponownie przygarnął ją do siebie, jakby dopiero zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo za nią tęsknił. Lily zaśmiała się głośno, kiedy momentalnie wypuścił ją z objęć, po czym gwałtownie przecinając powietrze długimi rękoma, w ostatniej chwili udało mu się uchronić rower przed upadkiem na ziemię.
– Czy słusznie mi się wydaje, że jeszcze nie dostąpiłaś niewątpliwej przyjemności zwiedzenia tego jakże pięknego miasta? – spytał, opierając pojazd o balustradę.
– Słusznie. – Pokiwała głową.
– Wejdziesz na moment? – spytał, przypiąwszy rower do barierki.
Po wdrapaniu się na trzecie piętro z ciężkimi nogami po całym dniu pedałowania i biegania po schodach, przekręcił klucz w zamku, po czym zaprosił Evans do środka zamaszystym gestem.
– Chcesz coś do picia? – Rzucił klucze na komodę i wszedł do kuchni, kiwając na nią ręką.
Mieszkanie było czyste i schludne, ale łatwo dało się dostrzec, że właścicielom raczej się nie przelewało. Remus zacisnął kilkukrotnie dłonie w pięści, czując jak rozgrzewają mu się uszy, i szybko zbierał trzy kubki z wypłowiałego obrusu, które pozostały tam od śniadania. Teraz żałował, że zaprosił Lily na górę. Tutaj było widać jeszcze bardziej niż w Hogwarcie, że odbiega zamożnością od pozostałych przyjaciół.
Nie czekając na jej odpowiedź, napełnił dwie szklanki wodą. Lily automatycznie wzięła od niego naczynie i jak zaczarowana wpatrywała się w rodzinny portret wiszący nad kaflowym piecem.
– Moja mama. Znaczy moja mama go namalowała – poprawił się, wstawiając swoją, pustą już szklankę do zlewu.
– Jest piękny – odparła, nadal nie mogąc oderwać wzroku od obrazu.
– Przekażę jej, że tak myślisz. Na pewno bardzo ją to ucieszy. Zaraz wracam…
Lily nawet nie zauważyła, że Remus coś jej odpowiedział i nadal wpatrywała się w obraz niczym zahipnotyzowana. Dopiero po chwili spostrzegła, że została w kuchni sama.
– Remus? – zapytała głośno, nerwowo rozglądając się wkoło.
– Tak? – dobiegł ją głos Remusa z odległej części mieszkania.
Niewiele myśląc, szybko ruszyła w jego stronę.
– Remus? – spytała ponownie, delikatnie popychając uchylone drzwi, za którymi spodziewała się go zastać.
Uniosła drżącą dłoń do ust, a szklanka uderzyła o posadzkę z cichym brzdękiem. Niezauważona przez nikogo, woda wsiąkała w gruby, zielony dywan. Wiedziała, że już nigdy nie zdoła wymazać tego widoku z pamięci.
Lupin zerknął przez ramię i z głuchym jękiem szybko wciągnął na siebie koszulkę.
– Lily… – wyszeptał, odwracając się powoli.
Każdy cal jego ciała wypełniał lęk i zrezygnowanie. Przeżywał katusze, obawiając się, że niezależnie od wszelkich poprzednich zapewnień, Lily się od niego odwróci. Nikt nie chciałby mieć za przyjaciela takiego…
…potwora.
– Nie sądziłam… – urwała. – Na Merlina, Remusie… – dodała, lecz głos jej się załamał, a w kącikach oczu pojawiły się pierwsze łzy.
Remus zacisnął powieki. Tak straszliwie nie chciał stracić Lily.
Sam jestem wszystkiemu winny. Przecież wiedziałem, że nie należy się przed nikim odsłaniać, wypomniał sobie rozgoryczony.
Spodziewał się trzaśnięcia drzwiami, jednak odgłos, mimo upływającego czasu, nie nadchodził. Zamiast tego poczuł oplatające go w pasie drobne ramiona. Stężał, pewien, że właśnie dokonywał się ostatni akt łaski.
– Nigdy nie sądziłam, że to wszystko może być dla ciebie aż tak bolesne – powiedziała w materiał koszulki łamiącym się głosem. – Och, Remusie…
Zamarł, zupełnie nie wiedząc, jak powinien się zachować. Niepewnie i bardzo delikatnie pogłaskał wciąż płaczącą Lily po głowie, bojąc się, że mogła sobie tego nie życzyć. Lecz ona tylko mocniej do niego przylgnęła, głośno pociągając nosem.
– Przepraszam… że się tak rozkleiłam – odparła po chwili, odsuwając się od niego i ścierając resztki łez z wciąż wilgotnych policzków. – I przepraszam, że zmoczyłam ci koszulę – dodała, rumieniąc się, gdy zauważyła mokrą plamę na materiale.
– Nic nie szkodzi – stwierdził, mimowolnie się uśmiechając. – Bałem się, że uciekniesz – dopowiedział, odstawiając na stolik do kawy leżącą na dywanie szklankę. Kątem okaz zerknął przy tym na Lily, czując, że zmniejszył się ciężar ściskający jego serce.
– Dlaczego? Dlaczego ktokolwiek miałby cię zostawiać?
– Bo jestem potworem – odparł cicho, wpatrując się w pociemniały od wody fragment dywanu i wbijając paznokcie we wnętrza dłoni.
– Nie jesteś żadnym potworem, Remusie! – Podeszła do niego, po czym delikatnie uniosła jego podbródek, zmuszając, by na nią spojrzał. – A każdy, kto uważa inaczej, jest zwyczajnie głupi. Jesteś chyba najlepszą osobą, jaką przyszło mi w życiu poznać. I nie zamieniłabym twojej przyjaźni na nic innego. Czy to i ta przedziwna relacja z trójką gamoni nie nauczyła cię jeszcze, że nie możesz nazywać się potworem? – urwała, wyczekując odpowiedzi.
– Ale ja nie zasłu…
– Zasługujesz na wszystko to, na co każdy inny nastolatek. Przecież tak naprawdę nic cię nie różni ode mnie czy od chłopaków… – Otworzył usta, chcąc zaprzeczyć. – I nie wyskakuj mi tu nawet z głupotami o tym, że w trakcie tych trzech dni nie jesteś sobą! – wyrzuciła szybko, nie dając mu dojść do słowa. – Bo na to, na co masz taki pesymistyczny pogląd, można też spojrzeć z drugiej strony! To znaczy dokładnie tyle, że przez pozostałe dwadzieścia sześć dni nie jesteś żadnym potworem – stwierdziła, postępując krok w jego stronę. – Nie jesteś żadnym potworem, Remusie – dodała o wiele ciszej i spokojniej, zaglądając mu w oczy.
– Ale… – podjął kolejną próbę, lecz urwał gwałtownie, widząc, jak Lily oparła pięści na biodrach i kręciła z pobłażaniem głową.
– Ty sobie nigdy nie dasz przetłumaczyć? Masz teraz ochotę mnie zjeść? Albo zrobić mi krzywdę? – spytała, na powrót przyjąwszy poważny ton.
– Oczywiście, że nie! Ale w trakcie pełni…
– I to jest właśnie powód, dlaczego wtedy wszyscy trzymamy się od ciebie z daleka – wpadła mu w słowo. – Ale to nie jest żadną przeszkodą, żebym teraz zrobiła to… – Przytuliła się do niego. – …albo tego – dodała, składając na jego policzku czuły pocałunek. – Czy nadal muszę cię przekonywać, ty uparty ośle, że w każdym calu zasługujesz na naszą przyjaźń i miłość? Nie patrz tak, dobrze słyszałeś.
– Lily, czy ty nie rozumiesz, że ja nigdy nie mogę pozwolić, żeby ktoś się do mnie aż tak zbliżył?
– Na to już chyba trochę za późno, Remusie. Naprawdę nie dostrzegasz hipokryzji? A teraz ostateczny argument! – wykrzyknęła, na co spojrzał na nią wyczekująco, żałując, że nie wiedziała, jak wielkie żywił nadzieje, że jej argumenty okażą się wystarczająco przekonujące. – Czy komukolwiek z nas zrobiłeś kiedyś krzywdę?
– Nie – stwierdził cicho.
Jego oddech stał się płytki, przytłoczony świadomością, że równocześnie Lily miała trochę racji i kolosalnie się myliła.
– Właśnie. Może warto chociaż spróbować zaakceptować, że jesteś po prostu zwykłym chłopakiem z odrobinę nietypowym problemem? Obiecaj mi, że spróbujesz. Wiesz, podobno zakochanie to całkiem fajna sprawa…
– Powiedziała ta, która przed miłością zapiera się wszystkimi kończynami – sarknął, ściskając nasadę nosa.
Wzruszyła tylko ramionami, ledwo zauważalnie się rumieniąc.
– Obiecujesz? – Ponownie zbliżyła się do Lupina.
– Niech ci będzie, uparciuchu – powiedział, krzyżując palce za plecami. – Przecież jeśli się nie zgodzę, jesteś gotowa stać tu do pierwszego września.
– Nadal chcesz zwiedzać Cardiff, czy po tych przejściach wolisz zostać i poczytać książki? – spytała po chwili z triumfem wymalowanym na twarzy, kładąc nacisk na drugą część zdania i wyciągając z torebki Przeminęło z wiatrem.
– Czytasz mi w myślach, caraid. – Uśmiechnął się.
A co, jeśli… Lily jednak ma rację?, przemknęło mu przez myśl, zasiewając ziarno niepewności pośród pola twardych zasad.

Rzutem na taśmę, ale zdążyłam w lutym. Mam nową betę, czujecie jakąś różnicę? 

7 komentarzy:

  1. Rozdział mi się podobał, spokojny, ale duzo mówiący o bohaterach. Przede wszystkim Lily otrzymała ode mnie wielki plus za Prźeminelo z wiatrem, uwielbiam tę książkę i tez wkurzał mnie Ashley, choc Scarlett jeszcze bardziej ;) współczuję jej relacji z siostrą, nie dziwie sie, ze chciala spotkac się z bliskim jej rówieśnikiem i ciesze się, ze wybrała Remusa. Całe szczescie, ze ten odpowiednio szybko wrócił do domu. No i dobrze, ze Lily zobaczyła jego rany. Mam nadzieję, ze jej reakcja przekona go, zeby dac szanse swojemu sercu i porozmawiać wreszcie wiadomo z kim :D. Ale remus miał rację, ze nie jest jedynym, ktory ucieka przed miłością :D niech Lily tez to przemyśli. W ogole wyobrazam sobie jej szok, kiedy okaże sie, ze James został prefektem naczelnym. Pewnie Potter teź sie zdziwi :D. Jesli chodzi o bledy, w drugim zdaniu z perspektywy Remusa wychodzi na to, jakby to Merlin przemókł chłopaka. Pozdrawiam i Zapraszam do mnie na rozdział dwunasty, jestem ciekawa Twojej opinii

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za miłe słowa ;)

      Pozdrawiam gorąco,
      maximilienne

      Usuń
  2. Powiem Ci, że wydaje mi się jakoby była wyczuwalna pewna różnica w Twoim stylu... ale czy to możliwe tak szybko? Może to tylko siła sugestii? Albo stosunkowo długo pracowałaś nad tym rozdziałem? W każdym razie wydaje się być naprawdę wypieszczony :)
    Jestem ciekawa czy to kazanie Lily przekona Remusa do otwarcia się na miłość! I skąd to oskarżenie jakoby ona również wzbraniała się przed tym uczuciem? Może rozwiniesz ten wątek w przyszłości? :D
    "Przeminęło z wiatrem" tak idealnie pasuje mi do Lily! Nie wiem dlaczego! Szczerze mówiąc sama tego nie czytałam, ale gdy myślę o Lily to jest właśnie książka, którą bym widziała w jej ręce. To mnie składania do rozmyślania nad tą postacią. Czy to co zostało nam dane przez Rowling na jej temat daje mimo wszystko bardzo wyraźny obraz...
    bla bla :p
    Już późno, idę spać! Czekam z niecierpliwością na następny rozdział i powrót do Hogwartu. Jestem ciekawa co dalej z Remusem i Skyler :D

    Pozdrawiam Cię serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możliwe, bo inna beta i od razu zwraca uwagę na inny rodzaj błędów.
      Dziękuję bardzo za komentarz i pozdrawiam gorąco,
      maxie

      Usuń
  3. ale świetny rozdział! Stosunek Lily do Remusa, jej słowa, bardzo dobrze opisane. Tylko trochę króciutko i taki mam niedosyt :( ale czekam na 27, bo widzę, że trochę Remusa, w kolejnym rozdziale, będzie <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za miłe słowa :)
      I chyba na 25 ;)

      Pozdrawiam gorąco,
      maximilienne

      Usuń
  4. Hej!
    Jestem tu nowa, ale już zdarzyłam się zakochać w twoich notkach;))) Postaram się może trochę ponadrabiać komentarze pod innymi rozdziałami, a tutaj łap mojego bloga http://losyvictoire.blogspot.com/?m=1
    Pozdrawiam!
    Avis

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Follow by Email