sobota, 10 maja 2014

7. Homeward bound



W Hogwarcie zapanowała atmosfera przyjemnego podekscytowania związanego z przerwą świąteczną. W dormitoriach przeważał niemały rozgardiasz, jako że większość uczniów wracała na ten okres do domów. W takich ciężkich czasach wszystkie chwile spędzone z bliskimi stawały się cenniejsze od największych skarbów świata.
Dzień, kiedy pociąg Hogwart-Londyn opuszczał stację Hogsmeade, należał do słonecznych, ale ze względu na wiejący wiatr odczuwalna temperatura zdawała się o wiele niższa. Część uczniów zbierała się już przed szkołą, aby wsiąść do powozów ciągniętych przez testrale, stworzenia widoczne jedynie dla kogoś, kto był świadkiem czyjejś śmierci. Z tego też powodu dla znaczącej większości studentów powozy sprawiały wrażenie jeżdżących samodzielnie.
Tymczasem w męskim dormitorium nadal trwała zażarta walka z pakowaniem. Peter jak zwykle spakował się zawczasu i chwilę wcześniej wyszedł przed zamek z Remusem, wciąż osłabionym po niedawnej pełni, pozostającym na święta w szkole. Syriusz właśnie toczył bitwę z zamkiem bagażu, uparcie nie chcącym się domknąć. Gdy usiadł na klapie, udało mu się ją zatrzasnąć i już myślał, że został zwycięzcą, lecz niecałe pół minuty później zaczep odskoczył z głośnym kliknięciem, a wieko ponownie się uniosło.
– Na skarbiec goblina! – Łapa kopnął kufer, po czym zaczął skakać po dormitorium, rozmasowując sobie przy tym duży palec prawej stopy i przeklinając pod nosem. Tak bardzo nie lubił sprzątania i pakowania, a ta niechęć jedynie sprawiała, że te czynności zajmowały mu więcej czasu.
– Syriuszu, wydaje mi się, że twoje aktualne problemy związane są z faktem, że z każdym semestrem zabierasz do domu coraz pokaźniejszą kolekcję ubrań. Tylko że to ja muszę się potem tłumaczyć mojej mamie, dlaczego znajduje cudze staniki w domu, w którym jest jedyną kobietą – stwierdził James, patrząc z politowaniem na przyjaciela. Wkładał właśnie miotłę w ochronny pokrowiec, aby przypadkiem nie uszkodziła się podczas podróży.
– To twoja mama musi myśleć, że jesteś niezłym ogierem, bracie – zaśmiał się Syriusz, opadając na niezasłane łóżko, zbierając siły przed kolejnym atakiem na skrzynię.
– Skąd – prychnął Potter, przeczesując włosy palcami. – Wie, że ty nim jesteś – dodał, wyszczerzając zęby w szerokim uśmiechu.
Black spojrzał na przyjaciela z miną przedstawiającą różne emocje, najbardziej widoczną był jednak obezwładniający strach. James nie wytrzymał i parsknął głośnym śmiechem, robiąc przy tym krok do tyłu, niespodziewanie wylądował zacnymi czterema literami we wnętrzu kufra. Zaskoczony, przez moment nie wiedział, co się właśnie stało i rozglądał się po dormitorium, zafascynowany nową perspektywą.
– Mówisz, że twoja mama uważa mnie za psa na baby? – powiedział Syriusz, gdy wyrwał się z otępienia.
Potter mruknął twierdząco, wygrzebując się z bagażu i rozmasowując sobie dolne partie ciała.
Black ponownie naparł na pokrywę skrzyni i nawet udało mu się ją zatrząsnąć i zamknąć. Miał jedynie nadzieję, że tym razem nie odskoczy. Uśmiechnął się pod nosem na wspomnienie pewnej krukonki, z jaką miał zamiar umówić się zaraz po powrocie z przerwy świątecznej. Odwrócił się, żeby narzucić na siebie skórzaną kurtkę.
– Ty, dżolero… Uważaj, bo coś ci ucieka… – stwierdził zniesmaczony okularnik, wpatrując się w czekoladową żabę, której nóżka ugrzęzła pod wiekiem kufra. Zanim Syriusz zdążył zareagować, James podniósł klapę, pomagając zwierzątku w ucieczce.
– James! – krzyknął zrozpaczony Black, załamując przy tym ręce. – Czyś ty nie widział ile czasu próbowałem zamknąć to cholerstwo? – spytał oburzony, zaklęciem podnosząc bagaż przyjaciela i odwracając go do góry nogami.
– Normalnie jak dziecko… – mruknął James, wprawnym zaklęciem ponownie go pakując. – Miłego sprzątania! – krzyknął jeszcze na odchodne, śmiejąc się głośno, po czym zamknął za sobą drzwi. Dobrze wiedział, że Łapa nie jest najlepszy w zaklęciach domowych.
 Syriusz chyba po raz pierwszy w życiu wypomniał sobie, ze nie przyłożył się bardziej do czarów i nie potrafił spakować i zamknąć tego cholerstwa kilkoma ruchami różdżki.
Gdy z głośnym trzaskiem aportowali się wraz z panem Potterem w Dolinie Godryka, tuż przez furtką posesji, Syriusz poczuł ogromne szczęście, że trafił mu się taki przyjaciel. Gdyby nie James, Black na pewno nie miałby gdzie się podziać na święta, tym samym będąc zmuszonym do pozostania w Hogwarcie, gdzie Remus na pewno napierałby do odrabiania prac domowych i chodzenia do biblioteki.
Budynek okalał zadbany, wyplewiony ogródek z równo przeciętą trawą. Dom nie był ogromny ani urządzony z przepychem, choć niezaprzeczalnie właściciele mogliby pozwolić sobie na taki luksus. Zamiast tego wybrali skromny, acz bardzo elegancki wystrój. Zamiłowanie pani domu do roślin rzucało się w oczy już od pierwszej chwili z powodu, że każde okno zdobiła przynajmniej jedna donica.
Od kiedy dom Potterów stał się stał się również schronieniem Blacka, powroty ze szkoły zmieniły się nie do poznania. Walburga Black zupełnie nie okazywała ciepłych uczyć, nawet gdy był dzieckiem, czym tak bardzo różniła się od Euphemii Potter. Dla niej fakt, że nie łączą ich więzy krwi, to jedynie drobnostka – naprawdę traktowała go jak syna. Dała mu nie tylko schronienie i dach nad głową, ale również miłość i poczucie bezpieczeństwa – coś, czego nie doświadczył nigdy wcześniej.
James od razu podbiegł do matki, mocno ją obejmując. Syriusz przyglądał się tej scenie, czekając na swoją kolej. Kobieta uszczypnęła Jamesa w policzki, po czym przyciągnęła go bliżej siebie. Ta drobna kobieta mieściła w sobie tyle serca i tyle miłości, że to aż niemożliwe. James z szerokim uśmiechem, lewitując kufer, ruszył za ojcem do domu, co pozwoliło Syriuszowi przywitać się z osobą, której zawdzięczał szczęście powrotu do miejsca, które mógł nazwać domem.
Syriusza Blacka w istocie traktowano niczym członka rodziny jeszcze przed tą deszczową nocą, kiedy zjawił się na ganku z workiem żeglarskim mieszczącym cały jego dobytek. Euphemia bez mrugnięcia okiem zagarnęła wtedy chłopka do środka, natychmiast zmuszając go do wzięcia ciepłego prysznica, żeby przypadkiem się nie przeziębił. Gdy chłopiec spełnił jej polecenie i wyszedł z łazienki w nieco przydługich spodniach przyjaciela, w kuchni już czekał na niego gorący posiłek oraz parujący kubek herbaty, a piętro wyżej pokój gościny, który tego dnia stał się jego własnością.
Prawda była taka, że państwo Potter od zawsze marzyli o gromadce dzieci. Niestety fantazja ta nigdy się nie ziściła. Gdy już stracili nadzieję, los dał im szansę przelania całej swojej miłości i wdzięczności na pierworodnego syna. Szesnaście lat później ponownie przybliżył im nieba, zsyłając na ganek kolejnego syna.
Syriusz przyozdobił pokój gościnny symbolami Gryffindoru, choć tym razem nie musiał używać zaklęcia Trwałego Przylepca. Tutaj nikt nie szykanował go za to, że ma inne poglądy niż reszta rodziny. Black posiadał absolutną pewność, że Potterom nie robiło wielkiej różnicy, do jakiego domu dołączyłby ich syn, kiedy pierwszy raz pojechał do Hogwartu.
Zdarzały się takie momenty, że przez krótki moment tęsknił za prawdziwym domem, choć nigdy w życiu by się do tego nie przyznał, nawet przed samym sobą. To najczęściej te chwile na pograniczu snu i jawy, gdy wydawało się, że do sypialni wpadnie kilkuletni Regulus z dwoma kubkami kakao przygotowanymi przez Stworka.
Meredith zbiegła po schodach. W kuchni mama smażyła właśnie naleśniki, jedną ręką trzymając patelnię, drugą gładząc się po wypukłym brzuchu. Dziewczyna oparła się o framugę, próbując nie wydawać z siebie żadnego dźwięku. Podobieństwa między nimi dwiema wprost nie dało się ukryć. Zdawało się, że są jak dwie krople wody, obie miały drobną posturę i takie same ciemne włosy. Najbardziej różniły się ich oczy – w przeciwieństwie do ciemnych tęczówek Branwen, te należące do córki zdawały się aż nieprzyzwoicie niebieskie. Odziedziczone po ojcu, zawsze przywodziły na myśl – podobnie jak on sam – ocean podczas słonecznego dnia. Dziewczyna lubiła patrzeć na mamę, w szczególności taką szczęśliwą jak tego dnia, kiedy zdawała się aż promienieć. W końcu spodziewała się potomka mężczyzny, którego kochała nad życie. Po chwili zaczęła nucić piosenkę; Meredith pamiętała ją jeszcze z czasów, kiedy sama była dzieckiem. Choć na początku zaskoczenie wzięło górę, coraz bardziej cieszyła się z powodu nowego rodzeństwa. Wiedziała, że to jeszcze bardziej scali ich rodzinę, stanie się ogniwem łączącym ich wszystkich prawdziwymi więzami krwi.
Wystrój domu utrzymano w marynarskim stylu, w odcieniach bieli, błękitu i granatu. W kuchni panowały podobne barwy – białe blaty, stół, krzesła i szafki, błękitne ściany, a wszystkie inne detale w kolorze granatowym. Na połaci przeciwległej do wejścia znajdował się ogromny, drewniany zegar w kształcie koła sterowego, w jakiś sposób magicznie dopełniając wygląd pomieszczenia.
Mimo wczesnej godziny, zapachy roznoszące się po domu przyciągnęły również Antona, zaglądającego właśnie siostrze przez ramię i delektującego się cudowną wonią. Podszedł do macochy, po czym pocałował ją w policzek. Odebrał jej rączkę patelni i odsunął dla niej krzesło. Zaskoczona usiadła, uśmiechając się ciepło. Spojrzała na swoje pociechy, już tak wyrośnięte. Jeszcze tylko chwila, a wylecą z gniazda. Ta świadomość ją przerażała, ale zarazem cieszyła się, że nosiła w sobie nowe życie. Pogłaskała się po brzuchu, szczęśliwa, że nie zostaną z mężem sami. W tym dużym domu zawsze brakowało jej dziecięcego śmiechu i bliskości potomstwa, podczas długich dziesięciu miesięcy.
W chwili, gdy Anton skończył rozlewać na patelni ostatnią porcję ciasta, do kuchni wszedł Abraham Paxton, wysoki mężczyzna w średnim wieku, o gęstych, szpakowatych włosach. Zajął miejsce przy stole, szybko znikając za stronami porannego Proroka. Gorące naleśniki wydawały obezwładniający zapach, sprawiający, że aż ciekła ślinka. Bananowe nadzienie miało idealną konsystencję, a smak potrawy dopełniała gorąca czekolada, pokrywająca każdy z nich wymyślnym wzorem. Meredith aż poczuła żal, że musiała zniszczyć to małe kulinarne dzieło sztuki.
– Jedz – zaśmiał się Anton. – To tylko jedzenie; ma smakować, nie wyglądać.
Meredith delektowała się potrawą, rzucając ukradkowe spojrzenia na pozostałych członków rodziny. Miały straszliwe szczęście, że mamie udało się ponownie zakochać. Choć jak każde dziecko początkowo nie pałała entuzjazmem w związku pojawieniem się kogoś mającego zastąpić tatę, szybko zrozumiała, że tak będzie dla wszystkich najlepiej. Pan Paxton okazał się przemiłym człowiekiem i na każdym kroku pokazywał, jak bardzo kochał żonę. Dawał jej ciepło i miłość, a także poczucie bezpieczeństwa, którego wcześniej tak wysoce jej brakowało.
Dziewczyna pożartowała jeszcze chwilę i posłuchała opowieści ojca o tym, co ostatnio przydarzyło mu się w ministerstwie. Całym sercem tęskniła za wodą. Przepiękna pogoda kusiła, aby wyjść na powietrze, a tutejsze jezioro już na starcie oferowało wyższą temperaturę, niż to znajdujące się w Hogwarcie. Zgodnie z prośbą rodzicielki odczekała pół godziny po jedzeniu, a w tym czasie aż przebierała nogami ze zniecierpliwienia. Gdy tylko nastawiony budzik zadzwonił, jak strzała wybiegła z domu, zostawiając za sobą granatowe drzwi.
Tafla jeziora pozostawała niewzruszona, gładka niczym lustro. Promienie wiosennego słońca muskały jego powierzchnię, dodając uroku temu pejzażowi. Wprowadzenie się do domu nieopodal wody stanowiło jeden z warunków mamy Meredith. Podobnie jak córka przez te wszystkie lata pokochała morze i bliskość wody.
Meredith zdjęła pantofelki, równocześnie wystawiając twarz w stronę kwietniowego słońca. Zanurzyła palce w wodzie, momentalnie je wyciągając – była zdecydowanie zimniejsza, niż się tego spodziewała. Nic dziwnego, skoro jezioro miało znośną temperaturę jedynie podczas upalnych dni, kiedy stawało się idealnym schronieniem przed żarem lejącym się z nieba. Jednak długi pobyt daleko od domu sprawia, że zapominamy o takich drobiazgach.
Przeszła boso pod rosnącą nieopodal wierzbę, gdzie rozebrała się do kostiumu kąpielowego, a ubrania złożyła przy pniu drzewa. Powiał zimny wiatr, gwałtownie poruszając gałęziami. Dziewczynę przeszył dreszcz, a skóra pokryła się gęsią skórka. W myślach policzyła do trzech i szybko zaczęła wchodzić do zimnej wody, tak aby przypadkiem nie zawrócić. Wiedziała, że ciało za chwilę się przyzwyczai, ale pierwszy moment zdawał się prawdziwą katorgą. Gdy woda sięgała jej już do pasa, przyszedł czas na najgorsze. Meredith wzięła głęboki oddech i ugięła kolana, zanurzając klatkę piersiową. Miliony lodowych szpileczek wbiły jej się w płuca, z których uleciał cały tlen. Ciało zaczynało walczyć z temperaturą, powoli się do niej przyzwyczajając.
Tak bardzo żałowała, że jeszcze nie może używać czarów. Wystarczyłoby tylko jedno zaklęcie rozgrzewające i w ogóle nie doskwierałoby jej zimno, a dodatkowo już nie mogła się doczekać, kiedy przetestuje zaklęcie Bąblogłowy. Polegało ono na tym, że dookoła głowy wytwarzał się bąbel powietrza, umożliwiający ograniczone czasowo oddychanie pod wodą.
Ponownie policzyła do trzech, wzięła głęboki oddech i zanurkowała. Od niskiej temperatury aż zakręciło jej się w głowie. Wypłynęła na powierzchnię, drżąc z zimna. Dotarło do niej, że dzisiejsza wyprawa to chyba nie najmądrzejszy pomysł. Wypłynęła na tyle daleko, że nie dosięgała dna. Pozwoliła sobie opaść pod wodę. Wiedziała, że nie miała zbyt wiele czasu – w takiej temperaturze ciało o wiele szybciej się męczy, ale też nie zdołała sobie całkowicie odmówić choć kilku chwil tego, co każdorazowo sprawiało jej ogromną przyjemność.
Zanurkowała, płynąc w kierunku dna, gdzie panowała wyższa temperatura. Niestety nie potrafiła przebywać tam zbyt długo, ze względu na kurczący się zapas powietrza. Czasami żałowała, że nie urodziła się jako wodne stworzenie, wtedy mogłaby spędzać cały czas pod wodą. Choć w takiej sytuacji prawie na pewno marzyłaby o tym, aby móc stąpać po ziemi. Wypłynęła, w celu zaczerpnięcia powietrza, po czym ponownie zanurkowała, kierując się w stronę środka jeziora. Po kilku takich zabiegach, gdy znajdowała się głęboko pod powierzchnią wody, wszystko spowiła intensywna zieleń. Przez ułamek sekundy patrzyła, jak kolor cudownie rozpraszał się w cząsteczkach wody, a potem dotarło do niej, jakie było możliwe znaczenie tej barwy. Niechcący wypuściła resztki powietrza z płuc, niezmiernie przerażona i zaskoczona. Chyba każdy czarodziej myślał, że tak naprawdę nigdy nie zobaczy nad swoim domem Mrocznego Znaku.
Płynęła ku powierzchni, najszybciej jak tylko potrafiła. Wynurzyła się gwałtownie, kaszląc i parskając, przez to trochę nieudolnie kierując się w stronę brzegu. Niewiele myśląc, wybiegła z wody i pędem rzuciła się w kierunku domu. Nie zwracała uwagi na to, że kamyki raniły jej bose stopy ani na przenikające zimno, doskwierające jeszcze bardziej, niż gdy skrywała się pod wodą. Adrenalina napędzała każdy jej ruch, gdyby nie ona na pewno nie potrafiłaby osiągnąć takiej prędkości. Tak bardzo bała się tego, co mogła zastać w domu. Mroczny Znak wisiał wysoko na niebie, oznajmiając, że mord został dokonany. Równocześnie dawało pewność, że śmierciożercy już opuścili to miejsce.
Biegła jak szalona, pęd rozmywał jej łzy na policzkach. Co chwila przechodziły ją dreszcze, nie miała już pewności, czy to z zimna, czy przerażenia. Potknęła się. Upadając, poraniła sobie dłonie i kolana. Szybko wstała i kontynuowała bieg.
Jak burza wpadła do domu. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak w momencie, gdy go opuściła.
Chciała krzyknąć, ale zdawało się, że płuca były kompletnie pozbawione tlenu. Brak głosu rekompensowało serce, walące tak głośno, że na pewno nie zdołałaby się nigdzie ukryć, gdyby zaszła taka potrzeba.
Drżącą ręką pchnęła kuchenne drzwi. W pomieszczeniu dostrzegła całą rodzinę przepełnioną smutkiem i trzymającą się za ręce. Gdy podbiegła do swojej matki, wpadała jej w ramiona i obie zapłakały. Kolana ugięły się pod Meredith, osunęła się na podłogę obok krzesła. Adrenalina opadła. Ciałem targnął szloch. Kobieta pogłaskała ją po mokrych włosach. Po chwili dziewczyna poczuła, jak otuliło ją coś ciepłego, a stopy, dłonie i kolana zaczynały niemiłosiernie boleć i szczypać. W tej chwili nie liczyło się to – najważniejsze, że wszyscy jej bliscy są cali i zdrowi.
W Hogwarcie już dawno nie panowała taka cisza. W większości dormitoriów prawie nikt nie mieszkał, co poniektóre stały całkiem puste. Trwała kolacja, ale osób w Wielkiej Sali znajdowało się tak niewiele, że spokojnie wszyscy zmieściliby się przy jednym stole. W tym roku na okres przerwy wiosennej do domów powróciło o wiele więcej uczniów niż zazwyczaj. Trwała wojna, więc każdy chciał spędzić ze swoimi bliskimi jak najwięcej czasu, gdyż nikt nie wiedział, ile wspólnych chwil będzie im dane.
Skyler zdecydowała się zostać, ponieważ dziadek dostał wezwanie na sędziowanie w odległej Hiszpanii, a babcia postanowiła mu towarzyszyć. Raz, że dziewczyna nie chciała ściągać ich do domu, bo wreszcie postanowili wziąć urlop, z którego nie korzystali od tylu lat. Dwa, Chenal była święcie przekonana, że w Hiszpanii jest o niebo bezpieczniej niż w niespokojnej Anglii.
Remus do ostatniej chwili myślał, że wróci do rodziny, ale dostał list od matki, która nalegała, aby pozostał w szkole. Doskonale wiedziała, że syn w murach szkoły jest o wiele bezpieczniejszy niż przy jej boku, ponieważ jako mugolka, nawet nie potrafiłaby go obronić.
Podczas dostarczania Veritaserum, atmosfera gęstniała do tego stopnia, iż zdawało się, że można by kroić ją nożem. Lunatyk poprosił Syriusza i Jamesa, aby nie odcinali go od informacji, więc co wieczór wysyłali mu egzemplarz pisma. Dochodziły słuchy, jakoby Minister Magii znajdowała się pod wpływem zaklęcia Imperius, z powodu podpisywania dziwnych dekretów, co absolutnie nie pasowało do jej wcześniejszej polityki.
Remus odetchnął z ulgą, nie dostrzegając w gazecie niczego dotyczącego jego najbliższych. Chciał już złożyć magazyn, ale Skyler przytrzymała jedną ze stron.
– Czekaj – mruknęła cicho. Na jej twarzy malowało się przerażenie. Oczy poruszały się niespokojnie, biegnąc przez kolejne linijki. Po chwili wskazała czytany fragment. – Tam mieszka Meredith – dodała już spokojniejszym tonem, mimo wszystko w jej oczach nadal błąkał się strach.
Morderstwo czteroosobowej rodziny, sprawca nieznany głosił nagłówek. Po wgłębieniu się w tekst okazywało się, że to mugole, a zabójcy to najprawdopodobniej nie śmierciożercy. Dziewczynę przeszedł dreszcz. Przerażało ją, że gdzieś tam znajdują się ludzie, dążący do tego, by być jak poplecznicy Sami-Wiecie-Kogo, nie mający ostatecznie na tyle odwagi, by stać się jednymi z nich.
Lily szybkim krokiem przemierzała ruchliwe ulice Londynu. Patrząc na wszystkich mijanych mugoli, mogłoby się zdawać, że nie było żadnej wojny. Każdy gdzieś pędził, nikt nie chował się po domach w panice o życie. Przynajmniej na razie. Dziewczyna miała pewność, że któregoś dnia sytuacja stanie się tak krytyczna, że i ludzie niemagiczni zostaną w jakiś sposób poinformowani. Wtedy nigdzie nie będzie bezpiecznie. Bała się, że ten dzień zbliżał się nieubłaganie i zdecydowanie zbyt szybko. Gdzieś w głębi serca skrywała nadzieję, że zanim do tego dojdzie, całą tę wojnę uda się powstrzymać. Pokonanie Sami-Wiecie-Kogo z każdym dniem coraz bardziej przypominało senną mrzonkę.
Niepewnie obejrzała się przez ramię. Miała wrażenie, że ktoś ją śledził. Niemniej jednak w tym tłumie zajmującym się własnymi sprawami, nie zauważyła niczego podejrzanego. Przez myśl przemknęło jej, że to właśnie w tym zbiorowisku może okazać się najbardziej zagrożona. Ile czasu zajęłoby komuś sprawienie, że zniknie? Sekundę? Ci wszyscy ludzie byli tak zajęci sobą, że na pewno nie zauważyliby, jak rozpływa się w powietrzu. Rozglądała się z coraz większym niepokojem, wypatrując niebezpieczeństwa. Na szczęście cel podróży znajdował się już blisko. Teraz żałowała, że nie przystała na propozycję ojca, że potowarzyszy jej w wyprawie. Lily nie chciała go kłopotać i niepotrzebnie zajmować cennego czasu.
Z szybko bijącym sercem wpadła do ulubionego sklepu muzycznego. Sprzedawca posłał jej standardowy już uśmiech, kiwając przy tym głową. Czas zamarł – wszystko wyglądało tak samo jak dawniej. Wnętrze nie zmieniło się ani trochę od jej pierwszej wizyty w tym przybytku. Mogłoby się zdawać, że świat w ogóle nie ewoluował. Natomiast on pędził do przodu, paląc za sobą mosty.
Nic już nigdy nie będzie takie jak dawniej.
Czerń nocnego nieba przeciął błysk. Księżyc znajdujący się w trzeciej kwadrze, schował się za gęstymi chmurami, nie przepuszczającymi światła gwiazd. Dzisiejszej nocy królowały błyskawice, które stały się jedynym źródłem światła. Fale deszczu rytmicznie uderzały w szyby. Skyler miotała się na łóżku, co chwila gwałtownie obracając się z boku na bok. Ramionami przyciskała poduszkę do siebie, lecz nogi miała niespokojne, raz po raz kopiąc i wierzgając. Błękitny płomyk drżał w słoiku, jakby i on się bał piorunów.
Ciszę pozostawioną przez grzmot przeciął krótki krzyk. Chenal usiadła gwałtownie na łóżku, serce waliło jak młot. Ciałem wstrząsnął dreszcz i szloch. Nie chciała zamykać oczu, bo wtedy powracały obrazy z koszmaru. Wiedziała, że jej zachowanie nie należało do normalnych i już dawno powinna z tego wyrosnąć, jednak te koszmary stanowiły jedną z niewielu pozostałości po więzi łączącej ją z rodzicami. Podświadomie nie chciała ich stracić, jakby bała się, że gdy wreszcie to zrobi, zacznie zapominać szczegóły tego przeszłego życia.
Zerwała się z łóżka, gdy rozległ się kolejny grzmot. Ciałem ponownie targnął zimny dreszcz; nie wiedziała, co ze sobą zrobić, jako że nadal obawiała się zamknąć oczy. Dookoła nie znajdował się nikt, do kogo mogłaby się zwrócić, szalejąca za oknem ulewa tylko bardziej ją przerażała. Każdy błysk tworzył na ścianach niepokojące cienie.
Chwyciła słoik z niebieskim płomykiem, przytulając go do piersi. Gdy huknęło po raz kolejny, a ogień zadrżał i zgasł, otaczająca ciemność stała się przytłaczająca. Czuła, jakby ktoś usiadł jej na klatce piersiowej, znacząco utrudniając oddychanie. Rozdygotaną dłonią sięgnęła po różdżkę, dokładnie w momencie eksplozji kolejnego grzmotu. Podskoczyła lekko, w efekcie strącając ją z szafki nocnej, umożliwiając jej potoczenie się w mrok. Wiedziała, że w tych egipskich ciemnościach, szukanie różdżki było bezcelowe. Wzięła głęboki oddech, po czym wybiegła z dormitorium, licząc, że może w pokoju wspólnym jest choć odrobinę jaśniej.
Powoli zeszła po schodach, mocno zaciskając dłonie, wbijając przy tym paznokcie w skórę. Głośno zaczerpnęła powietrza, bo w pomieszczeniu wcale nie znalazła więcej światła, tkwiło w ciemnościach równie mocno, jak dormitorium. Wszystkie pochodnie zostały zdmuchnięte, a na dywanie rosła mokra kałuża – jedno z okien zostało niedomknięte i przy mocnym powiewie otworzyło się na oścież, teraz poruszane przez porywy wiatru. Podskoczyła w przestrachu, gdy usłyszała złowieszczy zgrzyt, a następnie głuche uderzenie. Rzuciła się biegiem do pierwszego i jedynego miejsca przychodzącego do głowy. W oczach zaszkliły jej się łzy, ale nawet nie zdała sobie z tego sprawy. Wiedziała, że to, co zrobi może być nie na miejscu, ale tak bardzo potrzebowała świadomości czyjeś obecności, że zaczęła walić pięściami do drzwi sypialni, nie przejmując się faktem, że jest środek nocy.
Mynd ar goll – dobiegło z środka.
Po raz kolejny błysnęło, rzucając na ściany przerażające cienie. Serce ścisnęło się ze strachu, a oddech spłycił. Stare zamczysko podczas burzy daje efekt jak z najznamienitszego horroru. Przełykając łzy, ponownie zapukała głośno w drzwi dormitorium Huncwotów.

Aktualizacja: 5 grudnia 2015.

22 komentarze:

  1. Nowy rozdział jak zwykle napisany starannie i ładnie, ale znowu taki ubogi w fabułę, aż prosi się o jakieś ważne wydarzenie, jakiś zwrot akcji :( Oczywiście, wątki przybliżające nam osobowość i przeszłość bohaterów są ważne, ale potrzeba czegoś więcej. Najbardziej podobał mi się fragment o Meredith, świetny pomysł na takie nieoczywiste zauważenie Mrocznego Znaku, chociaż niejako szkoda, że to najwyraźniej dotyczyło sąsiadów (nie życzę źle naszej bohaterce, ale gdyby było inaczej, nie mogłabym się czepiać akcji ;p). Wątek Syriuszowo-Jamesowy niewątpliwie potrzebny, chociaż niezbyt ciekawy, w końcu większość tego już wiedzieliśmy. Szkoda mi Skyler, przekonująco opisałaś jej strach i nastrój, a gościnność Huncwotów wzruszyła mnie dogłębnie :)
    Pozdrawiam - Nianiokat

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś w tej nowej wersji zdecydowanie bardziej skupiam się na opisach i nawet nagłe zwroty akcji się robią jakiś takie rozlazłe... Niestety, zmartwię Cię, bo w kolejny rozdział tez będzie raczej ubogi w akcję.

      Niestety, jak nauczyłam się na błędach, nawet to co jest ogólnie znane z HP, należy w ff opisać :p

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam gorąco,
      maximilienne

      Usuń
  2. Rozdział jest super! Tylko jakoś mało się w nim dzieje :/ Już niemogę doczekać się następnego :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam;D
    Na początek cieszę się że wróciłaś!
    Rozdział naprawdę świetny i nie uważam, żeby był jakoś nudny. Czasem dobrze jest pokazać, bohaterów od " kuchni " dzięki temu czytelnik lepiej ich poznaje. A opisy są ważne i to bardzo! A na akcję jeszcze przyjdzie czas ;D
    Pozdrawiam ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. Przecież nigdzie sobie nie poszłam, cały czas tu byłam ;)

    Dziękuję bardzo za komentarz, w te wersji chciałam się skupić właśnie na bohaterach, dlatego też akcji może być trochę mniej niż w poprzedniej.

    Pozdrawiam gorąco,
    maximilienne

    OdpowiedzUsuń
  5. rozkręcasz się, dziewczyno. Posty są coraz lepsze, opisy dłuzsze i głębsze, a i humor pozostaje, jak na przykład podczas tej rozmowy Jamesa i Syriusza podczas pakowania xD Jednocześnie wprowadzasz nas w niebezpieczne czasy wojny, co chyba najbardziej przerażające było w przypadku Meredith...DobrzE, że nic się nei stało jej rodzinie, choć nie wiem, jak nieŚmiercioźercy mogli wyczarować ten znak...W każdym arzie bardzo wymowny był ten kontrast między pięknem, jakie początkowo czuyła dziewczyna bedąc pod wodą i obserwując zielone światło, a następnie strachem, który poczuła, gdy uzmysłowiła sobie, skąd prawdopodobnie to światło pochodzi... Równie mocno podobała mi się konkluzja tego opisu o Syriuszu z małym Regulusem,. taki sentyment :) no i ostatnia scena, bardzo dobrze napisana, czuć było ten strach, mrok Zamku... Brdzo dobry opis, choć to WON trochę nie pasowałoxD zaprasazm na mój nowy blog odnalezcprzeznaczenie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyczarowanie Mrocznego Znaku, to zwykłe zaklęcie, nigdy nie uważałam, że trzeba by być Śmierciożercą, aby go wyczarować. Gdyby tak było, sądzę, że nikt nie podejrzewałby Pottera o wyczarowanie czaszki po Turnieju Quidditcha.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam gorąco :))
      maximilienne

      Usuń
  6. Charlotte Laudredale23 maja 2014 19:18

    Całość świetnie napisana (jak zwykle zresztą :D)
    Z trzy razy czytałam fragment z Meredith, głównie dlatego, że nie mogłam skojarzyć o co chodzi. Zdecydowanie bardziej podoba mi się ta nowa wersja końcówki rozdziału i... i.... i już nie wiem co napisać ;p
    Pozdrawiam Charlotte <3

    OdpowiedzUsuń
  7. kiedy kolejny rozdział? już nie mogę się doczekać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak tylko znajdę chwilę, aby go dokończyć... Co obawiam się, szybko nie nastąpi...

      Pozdrawiam,
      zrezygnowana maximilienne

      Usuń
  8. Byłam pewna, że przeczytałam ten rozdział... jakoś mi umknęło niestety XD
    Ta notka była utrzymana w dość mrocznym klimacie. Nie ukrywam - bardzo mi się to podobało. Szczególnie końcówka... może nie była przerażająca, ale niesamowicie nastrojowa. Biedna Sky... z pewnością musi przechodzić przez prawdziwy koszmar. Na jej miejscu zachowałabym się podobnie, zaczęłabym histeryzować i krzyczeć, byle tylko zobaczyć jakiegoś człowieka i znaleźć u niego pocieszenie.
    Cieszę się, że Syriusz pojechał na święta do Harrego. Zawsze lepiej jest spędzać ten czas w miłej, rodzinnej atmosferze, a nie ogromnym, prawie pustym budynku. Może pani Potter nie zastąpi mu prawdziwych rodziców, ale będzie przynajmniej namiastką normalności.
    Jejku, przeraziłam się, że coś stało się z rodziną Meredith. To poniekąd szczęście w nieszczęściu. Oni przeżyli, ale zginął ktoś inny. Widać, że wojna z Voldemortem staje się problemem nie tylko ludzi z magicznego świata, lecz także mugoli.
    P.S. Pytałaś w jednym z komentarzy, czy jestem z Zabrza lub okolic. Tak, mieszkam w okolicy, chodziłam tam do gimnazjum i szkoły muzycznej :)
    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam w swoich zakładkach folder Zaległości, bo zazwyczaj mi się wszytko kumuluje i później już nie wiem co przeczytałam, a czego jeszcze nie :p (tak, u Ciebie też mam zaległości, nadrobię, jak tylko trochę mi się uspokoi z sesją)

      Syriusz raczej nie mógłby pojechać w odwiedziny do Harry'ego, biorąc pod uwagę, że ten się jeszcze nie urodził ;P

      Ten rozdział miał być mroczniejszy, jego zadaniem było pokazać, że bohaterowie nie żyją w ciągłe sielance, a Voldemort nie jest tylko rewelacją gazet, tylko, że rzeczywiście gdzieś tam jest i nie zna się dnia ani godziny.

      Wychodzi na to, że właściwie mieszkamy po sąsiedzku ;) A gdzie się wybierasz do liceum? Też do Zabrza? :P

      A tak z innej beczki, bo mnie to zastanawia - skąd zmiana nicku? :)

      Pozdrawiam gorąco,
      maximilienne

      Usuń
    2. Hah XD No fakt, miałam na myśli Jamesa xD
      Oo, miło! :) Chodzę do Gliwic do liceum.
      Sama nie wiem, tak jakoś stary nick mi się znudził. A ten znaczy dokładnie to samo, tylko, że po łacinie wszystko mądrzej brzmi xd

      Usuń
    3. Naprawdę? Pozwolisz, że spytam do którego? :))

      Dwa lata łaciny wystarczą mi w zupełności, dziękuję :p ale o ile za to ze mnie światlejszy człowiek? ;p

      Usuń
    4. Do jedynki :) A w Zabrzu chodziłam do trójki.

      Usuń
    5. Przez pewien czas był taki plan, że miałam tam iść do klasy z IB, ale w końcu się nie zdecydowałam :p A w okolicy jestem praktycznie codziennie. Taki zbieg okoliczności, że aż się nie chce wierzyć :p

      Pozdrawiam :))

      Usuń
    6. Ja jestem na biol-chemie. O IB myślałam, ale ostatecznie stwierdziłam, że i tak nie chcę wyjeżdżać za granicę, a teraz chyba trochę żałuję.
      Świat jest taki mały :))
      Również pozdrawiam :D

      Usuń
    7. Też miałam taki końcowy wniosek ;P Ale jakoś nie żałuję, że jednak się nie zdecydowałam.

      Rzeczywiście, zaskakująco mały ;P

      Pozdrawiam gorąco,
      maximilienne

      Usuń
  9. cieszę się że Syriusz znalazl prawdziwą rodzinie z Jamesie i jego rodzicach :) Sytuacja z Meredith pokazała że Voldemort zbiera siły i zaczyna być niebezpiecznie. Szkoda mi Chenal bo to miła dziewczyna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też bardzo lubię wątek James-Syriusz i to w jaki sposób Rowling to sobie obmyśliła :)
      Pozdrawiam,
      maximilienne

      Usuń

Obserwatorzy

Follow by Email