niedziela, 5 stycznia 2014

3. You know my love a-not fade away


Kolejne dni upływały pod znakiem nadchodzącego święta. Gdy wreszcie nadszedł poniedziałek, tak długo wyczekiwany w szczególności przez uczennice, wydawało się, że nie różni się on aż tak bardzo od pozostałych. Gruba warstwa śniegu nadal zaległa na błoniach, a siarczysty poranny mróz wbijał tysiące szpileczek w odsłonięte części ciała. Lekcje toczyły się tak jak każdego dnia, jedynymi wyraźnie widocznymi zmianami okazały się różowo-czerwony wystrój Wielkiej Sali, obfitujący w lewitujące serca i stosy czekoladek ustawionych na każdym ze stołów w wysokich piramidach, oraz rozmowy prowadzone przez dziewczęta podnieconymi głosami, zupełnie tak, jakby po szkole rozeszła się jakaś soczysta plotka. Jako że większość par postanowiło bowiem przenieść obchody na wypadający w nadchodzącą sobotę wypad do Hogsmeade, czternasty luty roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego nie obfitował w dramaty i wielkie radości; niemalże niczym zwykły dzień. Pierwsze wrażenie było jednak mylące.
 Pod przykrywką zwykłego dnia skrywały się pary z długim stażem, sprawiające wrażenie, jak gdyby chciały wszystkim udowodnić, że w tym dniu to akurat oni kochają się najmocniej, bądź dopiec tym, którzy akurat byli samotni, ukradkiem przemykający tuż pod ścianami, aby nie wchodzić w drogę szczęśliwie zakochanym. Huncwoci nie potrafili się powstrzymać od ulepszenia tego dnia wszystkim, niezależnie do kondycji ich serc, tak jak umieli najlepiej. Wyczarowali kilkanaście cherubinków o grubych nóżkach, plączących się tuż pod wysokimi sklepieniami korytarzy, od czasu do czasu zrzucając na nieświadomych uczniów balony napełnione galaretowatą, przeźroczystą cieczą, z zanurzonym w niej brokatem i konfetti w kształcie serc. Zazwyczaj maź, spływająca po twarzy, włosach i ubraniu, wystarczała, aby zepsuć romantyczną atmosferę, choć byli i tacy, którym zdawało się to nie przeszkadzać. Jeśli przyjrzało się wystarczająco uważnie, można również dostrzec wiele ukradkowych spojrzeń, czy czerwonych lub różowych kopert podawanych spod szaty do szaty.
Remus szedł ku sali zaklęć, starając się omijać pozostałych uczniów. Niestety fakt, że zatrzymywali się raz po raz, aby przekazać komuś kartkę walentynkową, zdecydowanie utrudniał płynne poruszanie. Co rusz zadzierał głowę, by ustalić położenie miłosnych posłańców pod sklepieniem, tak aby w razie czego zdołał się osłonić przed spadającym pociskiem. Zatrzymał się nieopodal drzwi i czekał na dzwonek zwiastujący koniec zajęć; specjalnie opuścił wieżę Gryffindoru odrobinę wcześniej, niż miał to w zwyczaju, aby nie musieć przeciskać się przez tłum zakochanych par, choć okazało się, że to zupełnie bez różnicy. Gdzieś na sercu zaległ się znany ciężar; potwór z głową wilka zakręcił się dookoła aorty, po czym ułożył się w wygodnej pozycji, układając pysk na skrzyżowanych łapach. Chłopak wiedział doskonale, że jemu nigdy nie będzie dane świętowanie tego dnia.
Nigdy nie mógł się zakochać. Stanowił zbyt duże zagrożenie, by być na tyle blisko. Z resztą, któż by go zechciał, skoro każdego miesiąca zmieniał się w potwora? Zachowanie wszystkiego w tajemnicy wymagało dystansu, nie mógł sobie pozwolić na zażyłość, aby sekrety nie ujrzały światła dziennego, a co ważniejsze – nie chciał nikogo skrzywdzić.
Huncwoci to co innego; znali tajniki animagii, dlatego nawet gdyby wydarzyło się coś niespodziewanego, zawsze mieli możliwość obrony, ucieczki lub nawet odparcia ataku, w przeciwieństwie do delikatnej niczym kwiat dziewczyny. W mgnieniu oka zamieniłaby się przy nim w nicość lub, co gorsza, sprowadził by na nią egzystencję, której sam tak bardzo nienawidził.
Dlatego też starał się zachowywać dystans i nie angażować się w nic ponad to, co było absolutnie konieczne. Tak naprawdę, to o swoich koleżankach z klasy znał jedynie podstawowe informacje, i gdyby uczciwie się przed samym sobą przyznać, nie potrafił sobie nawet przypomnieć, żeby kiedykolwiek rozmawiał z nimi dłużej niż kilka minut i to zazwyczaj nie na tematy inne niż szkolne zadania.
Jedynym wyjątkiem zdawała się być Lily, która znała jego tajemnicę; można by wręcz rzec, że poza Huncwotami figurowała jako jego najlepsza przyjaciółka. W zasadzie sam nie wiedział, czemu tak się stało, czemu akurat ją uznał za silniejszą od reszty i dlaczego strach przed sprawieniem jej bólu zdawał się być słabszy niż ten w przypadku innych. Teraz już nie potrafił znaleźć źródła tego zachowania, jako że ich przyjaźń rozpoczęła się ponad pięć lat temu. Coś dziwnego, jakaś nadprzyrodzona więź przyciągnęła ich wtedy do siebie, tak jakby przeznaczenie uznało, że muszą się do siebie zbliżyć; zupełnie jakby los miał co do tej relacji jakieś głębsze plany, czasami wręcz Remusowi zdawało się, że ich przeznaczeniem było to, że gdzieś w przyszłości będą musieli się nawzajem uratować.
Westchnął, gdy roześmiana para przeszła bardzo blisko niego, po czym przystanęła na środku korytarza, najwyraźniej oczekując na zajęcia w sali znajdującej się naprzeciw tej, przy drzwiach której czekał. Dziewczyna zalotnie przeczesywała raz po raz długie jasne włosy, rozsiewając wkoło słodki zapach perfum, od którego aż kręciło w nosie. Jeszcze przez krótki moment zazdrościł jej partnerowi, lecz dziewczę zdołało się odezwać wymanierowanym głosem, tak ociekającym samo zachwytem, że aż robiło się słabo. Z każdym kolejnym słowem starała się udowodnić swoją wyższość nad każdym innym, niezależnie od jego płci, wieku, koloru skóry, umiejętności, czy przynależności do domu. Przez tę jedną krótką chwilę udało jej się sprawić, że wcale nie czuł się tak źle, nie mając nikogo, kto mógłby trzymać go za dłoń, bądź zwilżyć usta nieplatonicznym pocałunkiem.
Z rozkoszą patrzył, jak jeden z wyczarowanych wcześniej cherubinków oblał dziewczynę od stóp do głów galaretowatą mazią. Momentalnie korytarz wypełnił jej głośny pisk, mieszający się z głośnym śmiechem Remusa. Jedyną rzeczą, która uratowała go od ataku równie rozwścieczonego kochanka, niechybnego kontrataku oraz najpewniej szlabanu, było pojawienie się profesora prowadzącego zajęcia z obrony przed czarną magią siedem minut przed planowym rozpoczęciem, co umożliwiło Lupinowi schowanie się we wnętrzu klasy wraz z garstką oczekujących na lekcje uczniów.
Tymczasem Syriusz dopiero zmierzał ku tej samej sali, nie śpiesząc się przy tym zbytnio. James, Skyler i Lily mieli dopiero dojść od strony lochów, gdzie odbywały się eliksiry, na które Black nie uczęszczał ani chwili dłużej, niż to konieczne. Profesor Slughorn, prowadzący ten przedmiot, zdawał się być z tego faktu niezmiernie zadowolony i z nadmierną gorliwością dziękował mu za współpracę po zakończeniu obowiązkowego kursu; Syriusz należał bowiem do nielicznej grupy tych uczniów, którzy kilkukrotnie zniszczyli mu doszczętnie klasę i skutecznie oduczyli go trzymania w niej wartościowych przedmiotów.
Kilka kroków przed chłopakiem szła Meredith Paxton i Dorcas Meadowes, choć ta pierwsza wyraźnie nie cieszyła się z towarzystwa tej drugiej. Jako że Huncwot nie miał nic lepszego do roboty, nadstawił uszu, jak to czasami mu się zdarzało w chwilach znudzenia – często można się dowiedzieć bardzo ciekawych kąsków na czyjś temat. Gdzieś w oddali dało się słyszeć wysoki pisk; był przekonany, że to sprawka ich żartu. Uśmiechnął się szeroko, delektując się triumfem, po czym minimalnie zmniejszył odległość dzielącą go od dziewcząt.
– Nienawidzę tego święta! – jęknęła cicho Dorcas, załamując ręce, ciskać gromy z oczu w kierunku świergoczących par.
Chociaż Paxton nie mogła doczekać się przyszłej soboty i nadchodzącej randki, Dorcas powoli zaczynała sprawiać, że odechciewało się wszystkiego, dlatego też wzniosła oczy ku niebu i splotła ręce na piersiach, kręcąc lekko głową. Meadowes nawet nie zauważyła, że towarzyszka mamrocze pod nosem przekleństwa pod jej adresem. Black postanowił po części przerwać męki dziewczyny, jednak stanowiło to jedynie drobny ułamek; w przewarzającej mierze zadecydował się jedynie zabawić.
– Może uda mi się zmienić ten pogląd? – stwierdził z szelmowskim uśmiechem, gdy pewnym krokiem wcisnął się pomiędzy dziewczyny. – Meredith, Dorcas – dodał, skłaniając się lekko w stronę każdej z nich z gracją przynależną jedynie prawdziwemu szlachcicowi. Jednak po chwili dał sobie spokój z konwenansami i wsunął dłonie w kieszenie spodni, odwracając się w kierunku blondynki. – Co jest nie tak z tym świętem, że darzysz go taką niechęcią? – spytał, ostatecznie przerwał jej w momencie, gdy tylko otworzyła usta. – Też nie uważam tego dnia za wyjątkowo interesujący… – stwierdził, wzruszając ramionami, tak jakby poprzednie zdanie w ogóle nie padło.
Mer zaprzeczyła ruchem głowy, po czym momentalnie przyspieszyła; niekoniecznie chciała być świadkiem kolejnego podrywu w wykonaniu Syriusza. Doskonale wiedziała, co będzie dalej; to, że w końcu ją porzuci, pozostawiając za sobą rozsypującą się dziewczynę o złamanym sercu. Było pewne jak dwa razy dwa, że Black prędzej czy później stwierdzi, że ten związek nie to, czego szuka. Dodatkowo, zauroczenie Dorcas tym konkretnym Huncwotem nie stanowiło dla współlokatorek żadnej tajemnicy. Co gorsza, Paxton miała pewność, że w aktualnej sytuacji, gdzie szkołę opuściła najlepsza przyjaciółka Meadowes, ta nie będzie w stanie bezpośrednio się skontaktować, więc będzie zmuszona przyjść wypłakać się do współlokatorek. Drgnęła przestraszona, gdy na ramię z głośnym plaskiem spadła jedna z brokatowych bomb. Jak na wielkość balonika, zaskoczyła ją objętość galaretowatej cieczy, która zdołała pokryć cały rękaw szkolnej szaty, a także pojedyncze kosmyki włosów. Szybko okazało się, że roztworu nie można usunąć żadnymi znanymi jej zaklęciami; była wręcz pewna, że jedyny sposób na wyczyszczenie szaty to tradycyjne mugolskie mycie. Westchnęła ciężko, poprawiając torbę na czystym ramieniu, po czym niezbyt zadowolona z życia ruszyła na zajęcia, gorąco żałując, że nie ma dostatecznie dużo czasu, aby się przebrać i zdążyć na czas.
Gdy wreszcie nadeszła tak długo wyczekiwana sobota, błonia nadal pokrywała gruba warstwa śniegu, lecz pogoda zdawała się sprzyjać przebywaniu poza murami zamku. Nie występował ostry, polarny wiatr, ani zacinający śnieg. Przez chmury przebijały się promienie zimowego słońca, zalotnie igrające na twarzy Jamesa Pottera. Choć z natury nie był rannym ptaszkiem, sobotnie poranki należały do treningów quidditcha, który akurat tego dnia miał się nie odbyć – wiązały się z tym wielkie plany spania do oporu, jednak natura postanowiła je pokrzyżować, uparcie świdrując go po oczach swym blaskiem. Niechętnie sięgnął po okulary, wiedząc, że już i tak nie zaśnie, nawet gdyby zaciągnął kotary. Przez chwilę leżał jeszcze w tej samej pozycji, wciąż nie otwierając oczu i delektując się panującą wkoło ciszą. W ich dormitorium takie zjawisko miało miejsce niezwykle rzadko. Kochał Hogwart i uwielbiał w nim przebywać oraz mieszkać ze swoimi przyjaciółmi, jednak czasami zdarzało mu się zamarzyć o samodzielnym mieszkaniu, gdzie nie musiałby się wciąż potykać o cudze przedmioty porozrzucane na podłodze. Przez pierwsze jedenaście lat życia zdążył się przyzwyczaić do tego, że de facto ma dla siebie całe piętro domu. Zdarzały się takie chwile, choć stosunkowo rzadko, że tęsknił za tymi czasami.
Syriusz zachrapał głośno, brutalnie wyrywając tym samym Pottera z letargu. Westchnął i z początkową niechęcią rozejrzał się po dormitorium. Jego zewnętrzna ściana stanowiła łuk, jako że stanowiła ona część wieży Gryffindoru. W środku znajdowały się cztery łóżka, po jednym dla każdego lokatora; każdy z nich posiadał szafkę nocną oraz półkę na książki. Trzy z nich oparte zostały wezgłowiem o zewnętrzną ścianę, kolejno Jamesa, Syriusza i Petera, natomiast łóżko Remusa stało po przeciwnej stronie drzwi wejściowych, oparte dłuższym bokiem o ścianę między dormitorium a pokojem wspólnym, podobnie jak to należące do Jamesa. W pomieszczeniu umieszczono również wspólną szafę; większość ubrań uczniowie trzymali w swoich szkolnych kufrach. Stała ona obok szafki nocnej Lunatyka, a po drugiej stronie komody usytuowano drzwi prowadzące do niewielkiej łazienki.
Wyglądało gorzej, niż się spodziewał; nie żeby należał do przesadnych czyściochów, ale nawet on posiadał pewną granicę tolerancji brudu. Zastanawiał się przez krótką chwilę, czy nie lepiej byłoby ponownie zamknąć oczy i w ten sposób przedostać się do łazienki, jednak mogło to spowodować poważną kontuzję palucha lub nawet bliskie spotkanie z podłogą, dlatego też zdecydował się na wyjście drugie.
Sięgnął po różdżkę i zaklęciem posprzątał swój bałagan; książki, pióra i inne szkolne przedmioty powróciły na swoje miejsca na półkach, a wszystkie ubrania znajdujące się na podłodze zostały uznane za brudne, więc wylądowały w koszu stojącym w rogu pokoju, regularnie opróżnianego przez skrzaty domowe, które zwracały ubrania czyste, wyprasowane i poskładane. Następnie silnym strumieniem powietrza pozmiatał resztę znajdujących się na podłodze rzeczy w jedną wielką stertę na środku pokoju, licząc na to, że ich nie przeoczą.
Po szybkiej toalecie, ubrał się i postanowił zejść na śniadanie, nie czekając na przyjaciół, jako że głośno burczało mu w brzuchu. Przestąpił przez dziurę pod portretem, zszedł po schodach i po wyjściu zza rogu zauważył, że kilka metrów przed nim maszeruje Skyler w sportowym stroju, zapewne idąca pobiegać. Często w niedzielne poranki dało się ją dostrzec z okien wieży, jak biegnie wzdłuż jeziora bądź Zakazanego Lasu.
Dziewczyna stąpała powoli, błądząc dłońmi w powietrzu, jakby starała się musnąć pierwsze promienie wiosennego słońca wpadające przez witrażowe okna. Przebłyski można by uznać za pierwsze znaki kończącej się zimy. Już za niedługo gruba kołdra śniegu, przykrywająca każdy skrawek błoni oraz Zakazanego Lasu, miała stopnieć. Chłopak cieszył się, że podczas najbliższej pełni, która wypadała za dwa tygodnie, być może Peter nie zgubi się pod śniegiem, tak jak ostatnio, gdy przypadkowo podczas biegu spadł z jego pleców. Przez grubość warstwy puchu odnalezienie go stało się to niezwykle trudnym zadaniem. Gdyby nie dokonały węch Łapy, być może w ogóle by się im to nie udało. James ponownie spojrzał na dziewczynę. Patrząc obiektywnie, można by stwierdzić, że jest ładna. Sięgające łopatek, dość mocno pofalowane włosy w kolorze mlecznej czekolady, związane w koński ogon wysoko na głowie, wesoło podskakiwały przy każdym kroku. Wiedział, że szukająca ma szare oczy, z zaskakującym srebrzystym połyskiem. Jej figura nie pozostawiała nic do życzenia, wypracowana częstymi treningami oraz bieganiem. Sądził, że niektórzy mogliby nawet uznać ją za cholernie ładną. Miała wszystko, co potrzeba, w odpowiednich ilościach, a do tego posiadał nieodparte wrażenie, że nie jest aż taka trudna w obyciu jak Lily. Dlaczego nie mogłem się zakochać w kimś innym? Dlaczego ja zawsze muszę się wpakować w największe bagno? Prawda jest taka, że wpadłem po uszy. Westchnął, zły na siebie samego, na cały świat, na upór rodziny Potterów oraz, jakżeby inaczej, na pannę Evans.
Gdy wszedł do jadalni, ta świeciła pustkami, jak przystało na sobotni poranek. Spojrzał w górę na magiczny sufit, który zawsze przybierał wygląd nieba znajdującego się ponad nim; dziś występował w przenikliwie błękitnym kolorze, usiany białymi, puchatymi chmurami – zapowiadała się ładna pogoda, co napawało wszystkich zakochanych szczęściem. Zaczarowane sklepienie od zawsze fascynowało Jamesa, miał wręcz małe marzenie, aby kiedyś spędzić noc w Wielkiej Sali; spanie pod niebem upstrzonym gwiazdami, pomimo tego, że wciąż znajdował się w pomieszczeniu. Choć mało kto o tym wiedział, niebo od zawsze go pasjonowało, a Astronomia szybko stała się jego ulubionym przedmiotem. Podszedł do stołu i zajął swoje stałe miejsce. Gdy sięgał po masło, kątem oka zauważył, że jak zwykle śliczna Lily wchodziła właśnie do pomieszczenia wraz z Meredith. Gdy uśmiechnęła się do przyjaciółki, serce zakłuło go delikatnie. Niespodziewanie. Niepozornie. Żałował, że takie uśmiechy nie były przeznaczone dla niego. Przybrał przebiegły wyraz twarzy, gdy do głowy przyszedł mu pewien pomysł, jak może spędzić ten dzień z panną Evans, nie pytając jej o zgodę.
Później, gdy dochodziła dziesiąta, James Potter powiedział przyjaciołom, że źle się czuje i raczej nie będzie w stanie odwiedzić tego dnia magicznej wioski. Pozostali Huncwoci życzyli mu szybkiego powrotu do zdrowia i przyglądając mu się uważnie, opuścili dormitorium, aby udać się wraz z innymi do sali wejściowej, gdzie czekał woźny z długą listą i odhaczał tych opuszczających zamek. Argus Filch był starym mężczyzną ze sztywną nogą, długimi, rzadkimi siwymi włosami i wyłupiastymi oczyma, z czego zawsze zdawało się, że jedno z nich wytrzeszcza bardziej, gdy bacznie się komuś przyglądał. Jego wierne towarzyszki od zawsze stanowiły kotki o podobnych imionach i szarym ubarwieniu. Gdy Pani Morris zaginęła w dziwnych okolicznościach, po tygodniowej żałobie, sprawił sobie nową kompankę, którą nazwał Panią Dorris. Stanowiła dla niego druga parę oczu; przechadzała się po zamku, wypatrując najdrobniejszych przewinień, a kiedy coś znalazła, miauczała wysokim głosem. Plotki głosiły, że woźny potrafił dosłyszeć ją nawet z drugiego końca szkoły.
Rogacz położył się na łóżku, zręcznym ruchem przywołując do siebie Mapę Huncwotów. Dla zwykłego obserwatora wydawała się zaledwie nic nie znaczącym kawałkiem niezapisanego pergaminu, poskładanego w kostkę. Jednak dla kogoś, kto znał odpowiednią formułę, stanowiła klucz do magicznego świata; ukazywała ona bowiem mapę całego Hogwartu, wraz z położeniem wszystkich osób znajdujących się na jej terenie. Chłopak skupił wzrok na części zamku, w której się znajdował. Zauważył kropkę podpisaną swoim nazwiskiem, a nieopodal odnalazł dormitorium dziewcząt szóstego roku. W nim znajdowała się Lily Evans – opuszkiem palca dotknął kropki oznaczonej tymi słowami, tak jakby chciał ją zatrzymać. Gdy po chwili zauważył, że wszystkie trzy punkty znajdujące się w tamtej sypialni ruszyły ku drzwiom, zerwał się z łóżka, w międzyczasie wymazując linie z Mapy Huncwotów hasłem: Koniec psot!. Naciągnął na siebie pelerynę-niewidkę, którą uważał za antyczną szatę z futra znikacza, nie miał jednak racji. Faktycznie, okrycia z furta znikacza to niesamowicie rzadkie tkaniny, jako że zwierzęta te strasznie trudno złapać, a dodatkowo znajdują się na wymarciu, ale to co należało do Pottera, było jedyne w swoim rodzaju.
Nawet nie przypuszczał, że może być w posiadaniu tak wyjątkowego przedmiotu, jakim był ten kawałek peleryny Śmierci. Kiedyś pogłoska, później legenda, która w końcu zaczęła funkcjonować jedynie jako bajka opowiadana młodym czarodziejom, mówiła o trzech braciach, którzy chcieli przejść przez rwącą rzekę. Za pomocą czarów wybudowali kładkę, która umożliwiła im przedostanie się na drugą stronę, jednak w połowie drogi, przejście zastąpiła im sama Śmierć. Wcale nie była zadowolona, że wędrowcom udało się ją oszukać. Udawała jednak, że podziwia magiczne umiejętności rodzeństwa i zaoferowała każdemu z nich nagrodę za przechytrzenie Śmierci. Pierwszy z nich pragnął władzy, dlatego otrzymał Czarną Różdżkę, która szybko stała się jego zgubą. Drugi cierpiał z powodu stary zmarłej przedwcześnie ukochanej, dlatego otrzymał Kamień Wskrzeszenia, który jednak przywracał jedynie echo nieżywej osoby. I tak, również on zginął, odbierając sobie życie, z powodu bezbrzeżnego smutku. Natomiast trzeci, najmłodszy z braci, okazał się równocześnie najmądrzejszy. Poprosił on bowiem o przedmiot, który pozwoliłby mu uciec z tego miejsca, nie będąc ściganym przez Śmierć. I tak, Śmierć, choć bardzo niechętnie, wręczyła mu swoją pelerynę-niewidkę. Mężczyzna dożył później starości, a gdy przyszedł na niego czas, przekazał szatę swojemu synowi. I tak wiele, wiele lat później znalazła się ona w końcu w posiadaniu Jamesa.
Oczywiście, że istniały różne inne sposoby na stanie się niewidzialnym, ale wszystkie w końcu zawodziły, bądź działały tylko przez pewien czas. Tylko prawdziwa peleryna-niewidka zapewniała pełne i długotrwałe zniknięcie i to bez konieczności używania skomplikowanych i niezwykle trudnych zaklęć. Ta niezwykła szata znajdowała się w rodzinie Potterów od pokoleń, przekazywana z ojca na syna od tak wielu lat, że już nikt nie potrafił dojść, do kogo należała na samym początku.
Zamknął za sobą drzwi pustego już dormitorium. Prześlizgnął się przez dziurę pod portretem zaraz za jakimiś trzecioklasistami, aby nie wzbudzić podejrzeń i pognał za dziewczynami. W duchu cieszył się, że nie musiał długo czekać na otwarcie przejścia. Może i nie istniał lepszy sposób na niewidzialność niż Peleryna, jednak sam fakt stania się przeźroczystym niósł za sobą pewne wady. Latające lub przesuwające się przedmioty każdorazowo wzbudzały zaskoczenie, jeśli nie wykonało się manewru w odpowiedni sposób. Pewną niedogodnością mogły się okazać również opady atmosferyczne, które wprawnemu obserwatorowi mogły ukazać miejsce ukrycia, bo przecież zbierający się śnieg na wysokości między półtora, a dwa metry lub obszar bez deszczu, przypominający wymiarami człowieka, mogły wzbudzić lekką konsternację obserwatora. Wyminął woźnego, zapisującego wychodzących uczniów, i stanął przy drzwiach wejściowych, czekając, aż dziewczyny wpiszą się na listę. Po chwili Meredith oddaliła się z jakimś Puchonem, a Lily i Skyler patrzyły za nią chwilę, a dopiero potem ruszyły w dalszą trasę.
Całą drogę do Hogsmeade mógł słuchać jej głosu, w którym nie było krzty złości ni podenerwowania. Mimo iż wiedział, że nie zwraca się do niego, mógł sobie to wyobrażać, a nawet taka zwykła czynność podnosiła go na duchu.
Po kilkunastu minutach marszu dotarli do Hogsmeade, które zasadniczo nie różniło się zbytnio od innych brytyjskich miasteczek, położonych w bardziej wiejskich częściach kraju. Brukowane uliczki, zazwyczaj senne i ciche, w dni odwiedzin uczniów Hogwartu wypełniały się gwarem i ludźmi, przechadzającymi się głównie po ścisłym centrum, między kamiennymi elewacjami budynków, ściśniętych jeden obok drugiego. Swoje miejsce miały tu głównie lokale usługowe, jak sklepy, kawiarnie, apteka czy sowia poczta. Jednak jeśli odważyło się wyjść poza najczęściej zwiedzane uliczki, można by trafić do części wioski, gdzie domy stały na dużych posesjach, odgrodzonymi od siebie drewnianymi płotkami. Zabudowania zajmowały zieloną połać wgłębienia terenu, które znajdowało się pomiędzy dwoma wzgórzami – na jednym z nich swoje miejsce znajdowało centrum, a na drugim stał jeden jedyny dom, zwany Wrzeszczącą Chatą. Legendy głosiły, że był nawiedzony, a duchy, które nigdy nie zaznały spokoju, wciąż w nim straszą, wydając z siebie straszne jęki i krzyki.
Dziewczęta jednak wcale nie miały zamiaru oddalać się od dzielnicy usługowej. James wszedł za nimi do Miodowego Królestwa. Przyglądał się Lily; jak uśmiechała się, prowadząc rozmowę ze sprzedawczynią, gdy kupowała różowe kostki lodów kokosowych, jak śmiała się z żartów przyjaciółki, jak promyki zimowego słońca sprawiają, że kosmyki jej włosów się mienią, jak się skupiała podczas rozmowy z panem Knightem, właścicielem apteki, wciśniętej między dwa duże budynki tak, że prawie całkiem ją ukrywały.
Pogoda zaczęła się zmieniać. Silny wiatr, wiejący w wyższych warstwach atmosfery, przepędził puchate chmurki, a na ich miejsce napływały nimbostratusy. James zastanawiał się, jakie miejsce wybiorą na kolejny punkt wędrówki, ponieważ wolne miejsca należały do rzadkości, jako że wszystkie lokale zostały przepełnione zakochanymi.
 Skyler stanęła nagle w pół kroku, jakby sobie o czymś przypomniała, powiedziała kilka słów do swojej towarzyszki, ale James nic nie dosłyszał przez wiatr, który sprawił, że szyld, pod którym się znajdował, zaskrzypiał wyjątkowo głośno i żałośnie. Evans pokręciła głową, wsuwając przy tym niesforne kosmyki za ucho. Chenal uśmiechnęła się i szybkim krokiem odeszła w stronę sklepu ze sprzętem do quidditcha, natomiast Lily wsunęła zziębnięte dłonie w kieszenie płaszcza i ruszyła w stronę Pubu pod Trzema Miotłami, najbardziej obleganej tawerny w miasteczku. Miejsce należało do madame Rosmerty, a specjalność zakładu stanowiło słynne wśród wszystkich uczniów Hogwartu piwo kremowe. Dziewczyna pchnęła drzwi gospody, wpuszczając do środka zimny podmuch wiatru. Tak jak dało się to przewidzieć, jak okiem sięgnąć wszystkie miejsca wydawały się zajęte. Rozejrzała się po pomieszczeniu o bielonych ścianach i odsłoniętych drewnianych belkach, wypełnionym gwarem i zapachem grzanego wina. Nieopodal drzwi zauważyła siedzących Syriusza, Petera i Remusa; ten ostatni zachęcająco kiwał na nią dłonią. Uśmiechnęła się ciepło i dosiadła się do nich. Stolik dzielili jeszcze z obściskującą się parą, ale zdawało się to nikomu to nie przeszkadzać. W miejscu, gdzie siedzieli, panował duży przeciąg od wciąż otwieranych drzwi, dlatego żadne z nich nie zdjęło płaszcza. Evans zamówiła korzenny napar, po czym wyciągnęła ręce z kieszeni. Potarła je o siebie, a następnie próbowała rozgrzać oddechem. Remus z uśmiechem powiedział coś do niej i oddał swoje rękawiczki, za co w ramach podziękowania otrzymał pocałunek w policzek. James zacisnął pięści i poczuł, jak złość go wypełnia. Nie słyszał, o czym rozmawiali, przez panujący wkoło gwar, ale czuł, że powinien być na miejscu Remusa. To on powinien się nią opiekować. Ona nie jest twoja. Ona nie jest twoja. Ona nie jest twoja – powtarzał sobie. Jednak czuł, jak zazdrość zżera go od środka. Niesamowicie bolał go kontrast pomiędzy tym, jak traktowała przyjaciół, a jak jego samego. Nagle ponad zgiełk wybił się jej perlisty śmiech. To ja powinienem być przy niej, myślał, zastanawiając się, jakie kroki trzeba podjąć, aby wreszcie zgodziła się z nim umówić. Doskonale wiedział, że tak naprawdę istnieje tylko jeden sposób, ale jakoś do tej pory nigdy nie potrafił się na to zdobyć. James Potter musi dorosnąć! Od dziś będę dojrzałym mężczyzną – pomyślał i zaśmiał się w duchu. Nie, to chyba niewykonalne. Ale mogę przynajmniej spróbować.

Aktualizacja: 5 grudnia 2015.

22 komentarze:

  1. Ach, naprawdę tym razem się postarałaś ;) Nawet ja, osoba, która zawsze narzeka na zbyt krótkie rozdziały, nie mam się do czego przyczepić. Rozdział był wyjątkowo długi i ciekawy.
    Bardzo podobał mi się ten rozdział i mogę nawet powiedzieć, że mimo tego, że kilka faktów różniło się od pierwszej wersji opowiadania (które bardzo, ale to bardzo mi się podobało) i mimo że tak długo kazałaś nam czekać na nową odsłonę, to mogę z ręką na sercu powiedzieć, że było warto. Bardzo szczegółowe opisy przyrody i opisy przeżyć wewnętrzyny tak bardzo rozbudziły moją wyobraźnię, że już się nie mogę doczekać, kiedy przeczytam dalszą część opowiadania.
    Chciałabym już wiedzieć, jak potoczą się losy Jamesa, czy uda mu się zmienić, lub choć troszkę dorosnąć? Czy Lily Evans w końcu (i kiedy) dopuści do siebie zakochanego w niej chłopaka? Czy Syriusz się w końcu zakocha? Czy Remus pozowli sobie na milość?
    Och, tyle pytań, tyle pytań. Ale rozumiem, że sesja się zbliża (sama to odczuwam). Moja będzie to pierwsza sesja i mam przez to ogromnego stresa, ale niestety, nic z tym nie zrobię. Trzeba to po prostu przezyć.
    Mam nadzieję, że wszystkie egzaminy i zaliczenia pójdą ci znakomicie i że już w niedługim czasie (tuż po sesji) dodasz kolejny, długi, ciekawy i obfitujący w wydarzenia rozdział.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę dużo weny (do nauki i pisania) ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciesze się, że wreszcie udało mi się zadowolić pod względem długości, choć przyznam się szczerze, że na innych blogach zdawało mi się czytać dłuższe rozdziały. Ale wtedy długość oczekiwania byłaby absurdalnie długa.

      Rzeczywiście usuwam dość dużo, ale za to wprowadzam trochę innych... I dużo, ale to dużo więcej opisów :p

      Nie wiem, czy to wystarczające, ale odpowiedzi na poprzednie pytania możesz znaleźć w poprzedniej wersji. Akurat tych faktów nie zmieniałam, więc w tej sferze masz jako-taki pogląd na to co się bardzie działo w przeciągu najbliższego półrocza.

      Ja przed pierwszą sesją też byłam nieźle zdenerwowana. I prawie cały czas płakałam, że mi się na pewno nie uda.

      Dziękuje za wszystkie życzenia i wzajemnie :)

      Usuń
  2. Jej!
    Jak zwykle bosko, nie mogłam się oderwać!
    Jesteś wielka! ;)
    Lilka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje bardzo :)

      Pozdrawiam gorąco :)

      Usuń
  3. Po pierwsze to zakochałam się w tym szablonie. Jest tak samo cudnie niebieskawy jak poprzedni, a do tego te genialne kółeczka z boku :P

    Co do treści to chyba się już powtarzam i staję się nudna, ale jest tak samo dobry jak każdy ;)
    No i wydaje mi się, że mimo wszystko coraz bardziej widać różnicę pomiędzy tą wersją, a poprzednią. Ta jest taka bardziej... Ekhem, nie mogę znaleźć odpowiedniego słowa, aczkolwiek obie wersje są dobre. Przynajmniej na razie tak mówię, bo a nóż widelec uda Ci się coś sknocić? :D Nie, nie. Nie życzę Ci tego w żadnym wypadku.

    Ten James w tym rozdziale... O rany, mam do tej postaci sentyment, pod warunkiem, że nie jest zrobiony z niego jakiś tępy, latający tylko za panienkami bubek. Poza tym doskonale można zrozumieć uczucia Pottera w czasie, gdy ujrzał Lily całującą Remusa w policzek i obdarzającą uśmiechami innych.

    I w końcu wiedziałam, że zapomnę jeszcze czegoś napisać w komentarzu. Znów. Ugh, trudno, może sobie przypomnę.

    Powodzenia na sesji. Dużo zdrowia, ciepła i wytrwałości, pozdrawiam cieplutko ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szablon jest nadal poprawiany, bo ciągle coś się psuje i nie na wszystkich ekranach wygląda dobrze niestety...

      Ma być widać. Ma być lepiej, nie? :P

      Nie dziękuję ;) Mam nadzieję, że wszystko się szybko uda zaliczyć i zabrać za tworzenie kolejnego rozdziału :)
      Pozdrawiam cieplutko :)

      Usuń
    2. Oczywiście, że ma być lepiej ;) Czasem się zastanawiam, jak Tobie się to udaje: być jeszcze lepszym podczas, gdy wcześniej było się genialnym. xD

      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
    3. Sama nie wiem. Naprawdę, nie robię tego celowo ;P

      Pozdrawiam gorąco :)

      Usuń
  4. Warto było czekać. Rozdział bardzo ciekawy, choć było mało dialogów.
    Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. James musi dorosnąć ale w jakiś sposób tozrobił, gdyż jestpewny swoich uczuc. może takie śledzenie nie świadczy o wielkiej dojrzałości, ale widać, że jest zdeseorwany, nawet przez chwilę się zastanawiałam, czy dla niego to jest zdrowe:D ale serce nie sluga. Remus, oczywiście, jak zywkle myśli o dobru innych, a nie własnym, choć w jakimś sensie go rozumiem. ale uczucie nie jest wolą rozumu, więc pewnie następne walentynki będą inaczej wyglądać. podobały mi się opisy, szczególnie ten początkowy - z tymi wszystkimi magicznymi cherubinkami. poodba mi się też że stawiasz na kanon, mówię tutaj o legendzie związanej z Insygniami. Jeśli chodzi o błędy, raz piszesz huncowci, raz huncwoci, napisałaś cieszy zamiast cieczy. Zapraszam na zapiski-condawiramurs.blogspot.com na nową notkę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, że z takim opóźnieniem, ale ostatni tydzień był prawdziwą gonitwą.

      Tak to prawda, ze James musi dorosnąć, inaczej Lily by za niego nie wyszła. Ale jak widzisz, Ramus ma dość dokładny plan na to, żeby się nie zakochać.

      Powiem szczerze, że nie wiem o jaki błąd związany z huncwotami masz na myśli, nic takiego nie znalazłam, a ten drugi poprawiłam i dziękuję za zwrócenie uwagi :)

      Pozdrawiam gorąco,
      summer-sky

      Usuń
  6. Cześć. Zostałaś nominowana do Liebster Award. Więcej informacji tutaj http://prisoners-of-dreams.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja też nie lubię walentynek, więc nie dziwię się Dorcas. To święto jest takie przesadzone... uważam, że miłość powinno się okazywać codziennie, a nie tylko raz w roku.
    Żal mi Remusa. Mimo wszystko mam nadzieję, że ktoś go pokocha, nie zważając na jego naturę. Jak widać Lily się tym nie przejmuje, on jej ufa, tworzą razem zgrany duet. Ostatecznie jednak chciałabym, żeby rudowłosa była z Jamesem ^^
    A propos Jamesa... chłopak faktycznie musi dorosnąć, inaczej nigdy nie zdobędzie zaufania Lily, która jest do niego negatywnie nastawiona. Zamiast pokazać jej, na co go stać, śledzi ją w pelerynie niewidce.
    (Huehuehue czytałam to o pelerynie Śmierci w Baśniach Barda Beedl'a ^^)
    Co do całego rozdziału - naprawdę mi się spodobał. Był dopracowany zarówno pod względem gramatycznym, jak i stylistycznym. Dopięty na ostatni guzik. Ponadto masz lekki styl, dlatego wszystko, co wyjdzie spod Twojego pióra, czyta się z niebywałą przyjemnością :)
    Pozdrawiam i życzę weny! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też sądzę, że miłość powinno się okazywać codziennie :)
      Lily ostatecznie będzie z Jamesem, bo tak nakazuje kanon, jednak jej relacja z Remusem też jest ważna w tej historii.
      Dziękuję bardzo za komplement i pozdrawiam gorąco :)

      Usuń
  8. W ogóle, zaglądnęłam sobie dzisiaj do zakładek na Twoim blogu, patrzę, a tam Ben jako Syriusz i Andrew jako Remus... Jakoś tak nagle zachciało mi się więcej tego opowiadania! XD
    OPISY! Wiem że tak naprawdę rozpływam się nad nimi teoretycznie pod każdym rozdziałem, ale nic na to nie poradzę - jeszcze nigdy wcześniej nie spotkałam bloga, na którym opisy stałyby się moją ulubioną częścią historii. Naprawdę nie wiem, jakim cudem ty tego dokonałaś, ale sama jakoś tak wiecej chce ich teraz pisać.
    Nimbostratusy... ach, ze szkołą mi się teraz wszystko kojarzy. Już teraz nie patrzę na niebo i "o, ładna chmurka" tylko "o, to chyba stratus". Nie polecam fakultetu geograficznego.
    Jestem trochę zaskoczona, że James jest tak faktycznie o nią zazdrosny i tak w niej zakochany. To znaczy - w większości farfocli jest jednak zawsze gdzieś tam ten wątek miłosny pomiędzy nimi, ale podoba mi się to, jak Lily próbuje grać niedostępną, w jaki sposób ty to wszystko opisujesz. I te myśli Jamesa, że może mógłby dojrzeć... Zrobiłby pewnie dla niej wszystko.
    A walentyki to beznadziejne święto, naprawdę nienawidzę tego dnia ;(
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety obawiam się, że na kolejny rozdział jeszcze sporo trzeba będzie poczekać :(

      A to dziwna, że masz takie odczucia, bo opisy to nie jest moja najmocniejsza strona...

      Każdy fakultet czy kierunek ma swoje zboczenia, ja też mam już trochę spaczony mózg, tylko w trochę inna stronę np. "O! Zobacz jaka niesamowita obróbka blacharska elementów dachowych!" :p

      Ale czemu jest tym zaskoczona? Przecież James jest prowadzony zgodnie z kanonem (przynajmniej tak mi się wydaje)... Lily może odrobinę mniej, ale mniejsza z tym ;p

      Pozdrawiam gorąco :)

      Usuń
  9. Lily i Jame, jakoś zawsze wolałam ją przy boku Seva, Jamesa nie lubię za dziecinne zachowanie, choć pewnie by się zmienił, gdyby nie Voldemort. W twoim opowiadaniu jakoś ten wątek mi nie przeszkadza, ale i tak najbardziej uwielbiam czytać o Syriuszu *_*
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja natomiast za Severusem nie przepadam, mimo wszystko co wyszło na jaw w ostatnim tomie.
      Trochę nie rozumiem drugiego zdania, bo James przecież się zmienił, inaczej Lily by za niego nie wyszła.

      Pozdrawiam cieplutko :)

      Usuń
  10. Hmm... podoba mi się ten rozdział :) Dobra analiza Jamesa i jego uczuć. Noo... i właściwie nie wiem co tu więcej napisać na ten temat :p nie ma się czego czepiać za bardzo :)

    Nawiązując jednak do Jamesa dzięki Twojemu opowiadaniu odkryłam pewną nieścisłość sagi, czy raczej informacji na temat Jamesa. Mianowicie zdziwiło mnie w Twojej historii to, że gra on na pozycji ścigającego. Od zawsze byłam święcie przekonana, że był szukającym. Postanowiłam sprawdzić to w wszechwiedzącym internecie i rzeczywiście "Harry Potter wiki" twierdzi, że Rowling w wywiadzie powiedziała, że James był ścigającym. Moje pytanie brzmi: dlaczego w takim razie w książce we wspomnieniu Snape'a James bawi się zniczem? Niby to nie musi nic znaczyć, dlaczego ścigający nie mógłby bawić się zniczem? A jednak dla mnie to się jakoś nie trzyma kupy. Z tego powodu z reguły mam problem co robić z tymi fragmentami, pochodzącymi tylko z wywiadów z autorką, których nie ma w książce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zacznę od tego, że jestem zaskoczona, że komentujesz każdy rozdział po kolei. To znaczy, niezmiernie mi miło, że poświęcasz na to swój czas, ale jestem zaskoczona, że Ci się chce :p

      Nie, James był ścigającym, przynajmniej Rowling tak utrzymuje. Przekonanie o tym, że grał na pozycji szukającego wynika z błędnej interpretacji filmowców, którzy w pierwszym filmie umieścili nazwisko James na plakietce informującej o tym, że był szukającym, podobnie jak Harry. Rowling jednak później sprostowała tą sprawę :) Wydaje mi się bawi się zniczem, głównie ze względu na jego poręczniejszość w stosunku do kafla. Zresztą, podrzucając i łapiąc kafla raczej nie wzbudziłby niczyjego zachwytu, a przecież przede wszystkim o to chodziło :p

      No tak, mnie do dziś męczy sprawa Dorcas, bo wersje są rożne, a jakoś nikt nigdy nie był w stanie pokazać mi tego artykułu w którym Rowling rzekomo powiedziała, że Meadowes była Ślizgonką o kilka lat starszą od huncwotów.

      Pozdrawiam,
      maxie

      Usuń
  11. Syriusz, ty flirciarzu ;p a James no tego się nie spodziewałam, no ale czego się nie robi z miłości :) Rozdział świetny, bardzo przyjemnie się go czyta. Nie mam żadnych zastrzeżeń

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Follow by Email