wtorek, 5 listopada 2013

1. It’s a new dawn, it’s a new day


Styczeń roku siedemdziesiątego siódmego powoli dobiegał końca, jednak zima nigdzie się nie wybierała. Dzień jeszcze na dobre się nie rozpoczął, wszystko zdawało się poszarzałe, jakby w oczekiwaniu, aż promienie słońca wychylą się spoza wieżyczek osadzonego na skalnym urwisku zamku. Rozciągające się obok niego ogromne jezioro wydawało się niemalże czarne, jednak taflę tuż przy brzegu pokrywała gruba warstwa lodu. Po przeciwnej stronie budowli rozpościerała się połać uśpionego o tej porze Zakazanego Lasu, a przed zamkiem roztaczały się szkolne błonia, obecnie świecące pustkami, zasypane śniegiem do wysokości kolan lub nawet pępka; wydrążono w nich jedynie korytarze, o określonych porach przemierzane szybkim krokiem przez studentów. Prowadziły między innymi do cieplarni, chatki gajowego szkoły – Hagrida – czy też do miejsca, w którym odbywały się zajęcia z opieki nad magicznymi stworzeniami.
Już na pierwszy rzut oka Hogwart wydawał się niesamowity. Magia zdawała się wręcz wyciekać poprzez okna czy szpary w drzwiach; emanował nią od fundamentów, poprzez ściany z szaro-żółtego kamienia, aż po szczyty niezliczonych baszt i pomniejszych wieżyczek pokrytych zaśniedziałą miedzianą blachą. Dwie spośród nich były szczególne – znajdowały sie w nich dwa spośród czterech domów, do których należeli uczniowie – Ravenclaw, przyjmujący mądrych, i Gryffindor, jednoczący odważnych.
Zegar, górujący ponad dziedzińcem od frontowej strony zamku, właśnie wybił godzinę piątą trzydzieści rano, przeganiając tym samym kruki siedzące na balaskach. Zdecydowana większość uczniów jednak wciąż trwała pogrążona w głębokim śnie. Po całym tygodniu wytężonej pracy nareszcie nadszedł wyczekiwany weekend, a wraz z nim – dwugodzinny trening quidditcha.
Gdyby przejść teraz korytarzami Hogwartu, nie spotkałoby się żywej duszy; nikt nie chciał niepotrzebnie wyściubiać nosa spod zagrzanej, puchowej kołdry. Pomimo tego, że we wszystkich kominkach wesoło trzaskał ogień, przez kamienne mury trudno było utrzymać ciepło.
Skyler cicho leżała w łóżku, wciąż z zamkniętymi oczami, choć obudziła się chwilę temu. W rytm oddechów śpiących współlokatorek powoli odliczała, starając się zmobilizować do zsunięcia stóp na lodowatą posadzkę. Otworzyła oczy, żeby rozejrzeć się za pantoflami. Szybko zorientowała się, że stały tam, gdzie je zostawiła, a to jej pozycja znacząco się zmieniła.
W jednej chwili przypomniała sobie o nawałnicy, która przeszła uprzedniej nocy nad terenami szkoły. Śnieg uderzał z dużą prędkością w okna, stopniowo odcinając dostęp księżycowego światła. Gdy się przez to obudziła, dostrzegła, że płomyk, który jak każdej nocy znajdował się w słoiku na jej szafce nocnej, wygasł, zasnuwając dormitorium złowieszczą ciemnością. Jej serce znacząco przyśpieszyło swój bieg, a oddech stał się płytki i nierówny. Postanowiła się ratować w sposób, który jako jedyny wpadł jej do głowy i na który najczęściej się decydowała. Było to o wiele lepszym rozwiązaniem od ponownego rozpalenia płomyka i wpatrywania się w niego do samego świtu. Szybkim ruchem zrzuciła kołdrę i w trzech susach wskoczyła Lily do łóżka. Przyjaciółka, wyrwana z głębokiego snu, tylko wymamrotała sennym głosem, nawet nie otwierając oczu:
– Znowu złe sny?
Nawet nie czekając na odpowiedź, przytuliła przyjaciółkę, bezwiednie gładząc ją po włosach. To zdecydowanie uspokoiło Skyler, a także pozwoliło jej ponownie zanurzyć się w objęcia snu, który zazwyczaj stawał się krainą koszmarów – zmasakrowanych ciał oraz monstrum sklejonego z autobusu i samochodu. Tej nocy jednak już więcej nie nadeszły, nie w ramionach Lily – tam była bezpieczna przed ich zasięgiem.
Teraz spojrzała na swoją wybawicielkę; leżała na wznak z lekko rozchylonymi ustami, rude pukle rozsypały się po poduszce, tworząc asymetryczne wzory na białej pościeli. Grzbiet nosa, kości policzkowe i ramiona obsypane były przeuroczymi piegami. Wyglądała na taką spokojną, co zdarzało się jej jedynie w otoczeniu książek i czasami w dormitorium. Stan ten jednak doskonale potrafił zburzyć James Potter – kapitan drużyny quidditcha, który podkochiwał się w niej od piątej klasy. Ta myśl gwałtownie przywróciła Skyler do rzeczywistości – nie dalej jak za trzydzieści minut musiała się stawić na treningu.
Jak oparzona wyskoczyła z łóżka – i momentalnie tego pożałowała. Dreszcze przebiegły przez całe ciało, gdy tylko dotknęła bosą stopą kamiennej posadzki. Nigdy nie potrafiła przyzwyczaić organizmu do tych szalenie niskich temperatur, które panowały w zimie. Szybko sięgnęła po ciepłe pantofle, otrzymane na święta od dziadków, wyciągnęła z kufra szatę i energicznym krokiem ruszyła po schodach do łazienki, aby się przebrać.
Szybkim marszem zmierzała w stronę boiska. Liczyła, że uda jej się złapać po drodze Pottera – wtedy nie musiałaby przemierzać całej drogi pieszo, bo to właśnie kapitan zabierał wszystkie miotły na stadion. Właśnie skinięciem głowy witała ducha wieży Gryffindoru, sir Nicolasa de Mimsy-Porpingtona, zwanego wśród uczniów Prawie Bezgłowym Nickiem, kiedy ze zgrozą dosłyszła szkolny dzwon, wybijający szóstą. Serce stanęło jej w gardle, kiedy zorientowała się, że właśnie się spóźniła i nie ma najmniejszego szans na złapanie Pottera po drodze, bo ten na pewno jest już w szatni.
W jednej chwili zerwała się do biegu, przeczuwając, że James nie będzie zachwycony jej nieobecnością. Przemierzając opustoszałe korytarze, uśmiechnęła się szeroko. Uwielbiała, gdy mięśnie się rozgrzewały, co po krótkiej chwili dawało wrażenie, jakby nic nie mogło jej zatrzymać. Co prawda zimno nie doskwierało jej aż tak bardzo jak wcześniej, ale nawet tu, wewnątrz zamku, z każdym oddechem z jej ust wydobywał się obłoczek pary. Zbiegła po schodach w sali wejściowej i pchnęła drzwi prowadzące na błonia. Momentalnie zamarła, gdy owionęło ją zimowe powietrze – poczuła się tak, jakby ktoś wbijał w nią tysiące lodowych igiełek, powoli zamrażając mięśnie i kości. Nawet serce zdawało się zatrzymać swoje uderzenia na krótką chwilę. Wzięła głęboki oddech, naciągnęła szalik na pół twarzy, aby przynajmniej minimalnie filtrował wdychane powietrze, a następnie ruszyła biegiem przez wydeptaną w śniegu ścieżkę prowadzącą do majaczącego się w oddali stadionu. Chociaż doskonale wiedziała, że nie zdąży na wyznaczoną godzinę, myśl, że prawdopodobnie nie będzie ostatnia – jeden z pałkarzy wiecznie się spóźniał – trochę podnosiła ją na duchu.
Wpadła do szatni, gdzie, o dziwo, panowało przyjemne ciepło. Nie musiała długo szukać powodu tej anomalii – stojący na środku pomieszczenia piecyk od razu rzucał się w oczy. Wkoło, wyciągając ku niemu dłonie, siedzieli członkowie drużyny.
– Widziałaś gdzieś po drodze Eamesa? – dobiegł ją głos Jamesa.
Pokręciła głową, utkwiłszy wzrok w Jamesie, który własnie wstał, ciesząc się w duchu, że nie zaczął krzyczeć na nią od progu i zamknęła za sobą drzwi.
Kapitan był wysokim, postawnym chłopakiem, mogącym pochwalić się dość rozwiniętą muskulaturą. Czerwono-złota szata lekko się za nim unosiła, w miarę jak przemierzał w tę i z powrotem niewielką połać szatni. Skyler uśmiechnęła się z politowaniem, kiedy przeczesał palcami swoją kruczoczarną czuprynę – zawsze bawiło ją to, jak bardzo zależało mu na tym, by wyglądac jakby dopiero zsiadł z miotły.
– Chciałem dziś wcześniej zacząć… – urwał, podchodząc do tablicy, na której znajdowała się dwuwymiarowa makieta boiska, ściągnął z nosa okulary i przetarł je rąbkiem szaty, po czym spojrzał na szkła pod światło, czy aby na pewno były już czyste. Wszyscy członkowie drużyny wiedzieli, że bez okularów był ślepy jak kret, a to, że jego oczy w kolorze głębokiego brązu przywodziły na myśl te sokole, wydawało się ironicznym żartem natury. – Nawet mu przypominałem wczoraj trzy razy, żeby dobrze nastawił budzik. Gdyby nie jego siła i umiejętności, już dawno wyleciałby z drużyny… – dokończył z westchnieniem.
Rozstawił figurki przedstawiające poszczególnych zawodników na makiecie. Gdy wypowiedział zaklęcie i malutkie postacie zaczęły przesuwać się bez niczyjej pomocy, wykonując przy tym skomplikowane manewry.
Nagle do szatni wpadł zdyszany spóźnialski, wciąż powtarzając, że przeprasza i bardzo mu przykro. Warstwa śniegu, w którą Eames został przyodziany, momentalnie zaczęła topnieć, pozostawiając po sobie drobne krople na ubraniu i we włosach, które migotały pomarańczowym światłem piecyka. Drugi pałkarz wstał z ławeczki i zamaszyście uderzył swojego kompana w potylicę. Skyler wywróciła oczami. Gdyby zrobił to ktokolwiek inny, prawdopodobnie otrzymałby reprymendę od Pottera, ale w przypadku tego jednego zawodnika zasady obejmujące członków drużyny nie miały zastosowania. Był to bowiem Syriusz Black, najlepszy przyjaciel Pottera, któremu kapitan pozwalał na więcej. W zamian za to musiał starać się bardziej niż reszta drużyny, aby udowodnić wszystkim, że nie dostał się do składu wyłącznie z powodu bliskiej znajomości z kapitanem.
– Nie marnujmy teraz czasu, drużyno! Trzeba się sprężać, bo o ósmej trzeba oddać boisko Ravenclawowi! Za trzy tygodnie musimy dokopać Puchonom, a nie zrobimy tego bez porządnego treningu! – wykrzyknął z zapałem James, popychając drzwi prowadzące na zewnątrz.
Zadrżała, opuszczając ciepłą szatnię. Momentalne nasunęła gogle na oczy i starała się podciągnąć szalik, tak aby choć częściowo osłaniała twarz przed siekącym śniegiem, a następnie, nie tracąc czasu, odepchnęła się mocno stopami od podłoża i uniosła się w powietrze.
Skyler poczuła nieposkromioną radość, jak zawsze, kiedy dosiadała miotły. Wiązało się z tym ogromne poczucie wolności. Stawała się niemalże jak ptak, bez żadnych zobowiązań, planów czy wyczekiwanych terminów – po prostu rozkładała skrzydła i żyła, ciesząc się każdą chwilą. Z chwilą gdy tylko straciła grunt pod stopami, pomimo paskudnej pogody i igiełek lodu uderzających po twarzy, nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu cisnącego się na usta. Znajdowała się w swoim żywiole i, co więcej, gra w quidditcha naprawdę jej wychodziła. Może kryło się w tym trochę zasługi krwi sławnego zawodnika płynącej w jej żyłach? Tego nie wiedział nikt. Jej umiejętności można by porównać do tych, którymi dysponował James, ale jej miejsce w drużynie doskonale jej odpowiadało. Wraz z Potterem tworzyli niepokonany duet, jakby za każdym razem prowadzili ze sobą niesamowity powietrzny taniec, tyle było płynności i gracji w wykonywanych przez nich manewrach. Każdy, kto choć raz widział ich we wspólnej akcji, wróżył im wspaniałe kariery sportowe, o czym oboje marzyli od dziecka.
Remus kierował się właśnie do Wielkiej Sali. Jego uwagę zupełnie pochłonął nowy komiks Spider-Mana i nie bardzo go obchodziło to, co działo się dookoła. Korzystając z jednego ze skrótów, mechanicznie ominął stopień-pułapkę, prawie tego nie zauważając. Uwielbiał to, że czuł się w Hogwarcie jak w domu. A jeszcze bardziej cieszyło go to, że miał solidne podstawy, by sądzić, że wraz z pozostałymi Huncwotami znali zamek lepiej niż ktokolwiek inny. Choć motywacje Remusa były trochę inne. Wywrócił oczami na myśl, że dla Jamesa i Syriusza zawsze znalazła się okazja do wywinięcia żartu. Nie mają za knuta powagi, prychnął w myślach.
Na ułamek sekundy oderwał się od komiksu, uważnie lustrując otoczenie. Nigdzie nie dostrzegał żywej duszy. Nic dziwnego, skoro był wczesny sobotni poranek. Wyszedł z tajnego przejścia na korytarz i ponownie zagłębił się w lekturze.
Minął róg. Nagle poczuł, jak ziemia usunęła mu się spod nóg.
– Co do…!?
Cudem udało mu się utrzymać w pionie. Rozejrzał się wkoło – na obszarze kilku metrów podłoga zalana była wodą z mydlinami.
– Co wy wyprawiacie?! Nie macie nic lepszego do roboty? – zapytał oskażycielsko dwóch chłopców, starających się nieudolnie ukryć za jedną ze zbroi.
Zwinął komiks w rulon i schował go do kieszeni. Amaturiaid, przebiegło mu przez myśl. Chłopcy powolutku wyszli z ukrycia, próbujących się schować jeden za drugim. Krawaty obojga były złoty-czerwone.
– Ale… – zaczął jeden. – Bo my… Wczoraj na zajęciach… z profesorem Flitwickiem… Leviosa… – jąkał się jeden z nich, wypluwając mydliny.
Remus ze zdumieniem zauważył, że jeden z chłopców był przemoczony do suchej nitki – woda spływała mu z włosów na plecy, a u jego stóp zdążyła utworzyć się mała kałuża. W dodatku cały aż trząsł się z zimna.
– Ale dlaczego… – zaczął, lecz drugi z winowajców wpadł mu w słowo:
– My chcemy być tacy jak wy! – wypalił z przejęciem, lekko się ku niemu skłaniając.
Lupin pytająco uniósł brew.
– My? – Nie miał nawet najmniejszego pojęcia, o co mogło mu chodzić.
– No wie prefekt, jak wy. Huncwoci – szeptem.
Remus w pierwszej chwili nie wiedział, jak zareagować. Zszokowanie walczyło w nim z rozbawieniem. Roześmiał się głośno.
– Nie radzę, szlabany nie są tego warte – odparł, pochylając się w ich stronę. Chociaż James i Syriusz zapewne mieliby zupełnie inne zdanie na ten temat. Gorąco liczył, że nie zapytają go, dlaczego w takim razie to robił. – Wiecie, że powinienem wam odjąć za to zachowanie kilka puntów?
Pokiwali głowami ze smutnymi minami.
– Ale wyjątkowo tego nie zrobię. Tylko to zostaje między nami, zrozumiano? – Smutek momentalnie przerodził się w szalony entuzjazm. – A teraz ty – zwrócił się do chłopca w mokrej szacie, który właśnie bardzo głośno pociągnął nosem – pójdziesz do pani Pomfrey po eliksir pieprzowy. I nie bawcie się tak więcej, bo możecie komuś zrobić krzywdę, dobrze?
– Dobrze – wymamrotali, choć Remus mógł zdecydowanie strwierdzić, że to żadna wiążąca obietnica.
Uśmiechnął się lekko, patrząc, jak odchodzili w kierunku schodów, przekomarzając się ściszonymi głosami. Ruszył w stronę Wilekiej Sali, zupełnie zapominając o kałuży mydlin, przez co prawie się przewrócił. Znowu. Gdzie ty masz głowę? Rzucił przez ramię Terego na bałagan, kręcąc głową z niedowierzaniem. Jakim cudem wpadł dwa razy w tę samą pułapkę?
Po dwugodzinnym treningu Skyler wraz z resztą drużyny Gryffindoru z trudem przeszła przez drzwi do Wielkiej Sali – największego pomieszczenia w całym zamku. Zajmowała powierzchnie tak dużą, że bez problemu mieściły się tam cztery ogromne stoły, po jednym należącym do każdego domu, oraz piąty, ustawiony prostopadle do pozostałych, przy którym zasiadali do posiłku nauczyciele i personel szkoły. Wciąż było wcześnie jak na sobotnie śniadanie, dlatego w pomieszczeniu przebywały tylko pojedyncze osoby. Tego dnia, z powodu nadchodzącego meczu, ściany przyozdobiono proporcami Ravenclawu i Slytherinu. Zwykle na ścianach wisiały naprzemiennie flagi wszystkich czterech domów; wyjątek stanowił ostatni dzień szkoły, kiedy ogłaszano zwycięzcę w walce o Puchar Domów. Skyler skrzywiła się lekko na wspomnienie zeszłorocznego przyznania pucharu Slytherinowi, którego uczniowie długo nie dawali im o tym zapomnieć.
Skrzaty domowe, pracujące w kuchni, suto zastawiły wszystkie stoły, i chyba nie istniała osoba, która nie potrafiłaby znaleźć czegoś dla siebie. Skyler nawet w zwykły dzień miała problem, na co się zdecydować, a co dopiero wtedy, gdy odbywała się jakaś uroczystość.
Skyler usiadła na swoim miejscu – obok nie było jednak Lily, która zwykle towarzyszyła jej przy posiłkach. Po drugiej stronie pustego miejsca siedział Remus Lupin. Zawsze wydawał jej się odrobinę dziwny – zupełny odludek stroniący od ludzi. Mimo sześciu lat wspólnej nauki wciąż nie potrafia go rozgryźć. Zastanawiała się, jakie tajemnice kryły się w tym chłopaku o ciekawski spojrzeniu miodowych oczu. Uniosła kubek z gorącą herbatą do ust, przyglądając mu się. Zupełnie jakby wyczuł jej wzrok, ledwie zauważalnie zerknął w jej stronę. Kiedy tylko ich spojrzenia się skrzyżowały, momentalne odwrócił się w przeciwnym kierunku. Zupełnie jakby się mnie bał, pomyślała cierpko Skyler. Piła małymi łyczkami, czując, jak stopniowo zaczynała się rozgrzewać. Nienawidziała zimy. Zawsze wtedy tęskniła bardziej za Australią. I za rodzicami.
Po chwili Remus wyrwał ją z krainy wspomnień, kiedy zaczął opowiadać historię, która wydarzyła się rano jego współlokatorowi, Peterowi Pettigrew. Rozbawiona obserwowała, jak mocno przy tym gestykulował, co uwydatniało proporcje jego ciała. Zdecydowane nie był typem atlety – raczej szczupły, niemalże na granicy niezdrowej chudości, tylko dodatkowo podkreślane przez jego chude ręce z długimi palcami. Wzrostem nieznacznie przewyższał przyjaciół, a jasnobrązowa czupryna dodawała mu zawsze trochę ponad cal. Zaśmiała się nerwowo, wtórując pozostałym, starając się ukryć zażenowanie – nie miała bladego pojęcia, jaka była puenta opowieści Remusa.
Nagle, zupełnie jakby znikąd, zjawiła się przy niej Lily. Posłała Skyler ciepły uśmiech, ściaskając ją przy tym delikatnie za ramię. Pełna niewysłowionej wdzięczności za nocne schronienie, przykryła jej dłoń swoją i lekko ścisnęła. Drugą mimowolnie sięgnęła do pierścionka zawieszonego na łańcuszku. Nie musiała mówić nic więcej, miała świadomość, że Lily doskonale wiedziała wszystko, co chciała jej w tej chwili przekazać. Uśmiechnęła się raz jeszcze, spoglądając w górę, zupełnie jakby mówiła nie ma sprawy, i zgrabnym ruchem wsunęła się na ławkę między nią i Lupina.
Z niezrozumiałych dla Skyler powodów, Lily była jedyną dziewczyną, którą dopuszczał do siebie Lupin. Na tyle blisko, że kiedyś nawet podejrzewała, że będzie z tego coś więcej. Tak się jednak nie stało.
Kątem oka zauważyła, jak Lily ciepło pocałowała Remusa w policzek, a ten uśmiechnął się nieśmiało, ledwie zauważalnie. Podniosła wzrok na siedzącego po drugiej stronie Pottera, który aż stężał z gniewu. Skyler wywróciła oczami, żałując, że kapitan nie miał za knuta wyczucia co do płci przeciwnej. No bo ile można było powtarzać „nie”? Każdego by wyprowadziło z równowagi, rzuciła Lily krótkie spojrzenie.
Chwilę później do jadalni wpadła duża część drużyny Puchonów, głośno rozmawiając. Skyler prychnęła w duchu, rozbawiona ich zachowaniem, zupełnie jakby już czuli, że tegoroczny Puchar Quidditcha mają w kieszeni. Jako ostatni do Wielkiej Sali wkroczył ich kapitan, wraz ze swoją przybraną siostrą, która zachichotała, zakrywając przy tym malinowe usta. Najwyraźniej przez jakiś żart, który dopiero co został opowiedziany. Na pierwszy rzut oka Meredith i Anton mogli być brani za uroczą parę – i Skyler wielokrotnie sama dawała się na to nabrać. Gdyby nie to, że wiedziała, w życiu by się nie domyśliła, że tych dwoje to tylko rodzeństwo. Ani trochę nie ułatwiało tego to, że często przyłapywała Antona na zerkaniu w ich stronę – nie takim znowu braterskim wzrokiem. Ani to, że zupełnie sie od siebie różnili i na próżno było doszukiwać się pomiędzy nimi fizycznego podobieństwa. 
On wysoki, dobrze zbudowany, o włosach w kolorze ciemnego brązu i delikatnie przyciemnionej karnacji. Ona natomiast niska i drobniutka, o długich, ciemnych, lekko kręconych włosach, o skórze w kolorze migdałów i dużych, błękitnych oczach, których nie sposób zapomnieć. Choć Skyler na dobrą sprawę nie znała osobiście Antona Paxtona, tyle co z okazjonalnych spotkań na boisku, gdzie zwykle ich kontakt ogarniczał się do ewentualnej wymiany uprzejmości – z opowieści Meredith mogła stwierdzić, że również ich marzenia zupełnie się różniły. Sądziła, że to może właśnie przez to, że nie wchodzili sobie w drogę i nie starali się ze sobą rywalizować. Byli zgranym rodzeństwem obdarzającym się bezgranicznym zaufaniem. Skyler zawsze dziwiło, że mimo tak podobnych charakterów trafili do różnych domów; on należał do Hufflepuffu ceniącego sobie pracowitych uczniów o dobrych sercach, ona natomiast do Gryffindoru, w którym królowała odwaga.
Oba domy coś jednak łączyło – wierność swoim przekonaniom niezależnie od wszystkiego. 


Aktualizacja: 28 sierpnia 2016.

28 komentarzy:

  1. Och kurczę, kobieto! Niby nic takiego nie działo się w tym rozdziale, ale tak bardzo ciekawi mnie każda nawet ta najdrobniejsza zmiana jaką wprowadzisz w to opowiadanie, że pochłonęłam je w kilka minut i czuję ogromny niedosyt.
    Szkoda, że nie wiesz kiedy pojawi się nowy rozdział. Ja osobiście, życzyłabym sobie nawet jeszcze dziś, ale wiadomo, że nie tylko świat blogowy masz na głowie.
    Ciekawie się zaczyna, mam nadzieję, że akcja rozkręci się w miarę szybko i że James i Lily będą ze sobą drzeć koty przez jakiś czas. No i Syriusz... Och, jakoś mam słabość do tego faceta. Błagam o jak najwięcej wątków z nim w roli głównej.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę ogromnego przypływu weny twórczej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A zauważyłaś, że rozdział jest półtora raza dłuższy niż przeciętny z poprzedniego bloga? A od rozdziału pierwszego, który był tam wybitnie krótki, aż dwa razy? Ale miło mi to czytać, że się podoba i że jest lepiej (bo skoro pochłonęłaś, to wnioskuję, że jest lepiej) ;)

      Nad Syriuszem muszę mocno pomyśleć, bo bardzo go zaniedbałam w poprzedniej wersji, także mam nadzieję, że uda mi się spełnić tą prośbę ;)

      Dziękuję za miłe słowa i pozdrawiam gorąco :)

      Usuń
  2. Takie cudo pozostało bez komentarza :(
    Wspaniały rozdział!
    Obiecuję, że do końca tygodnia skomentuje i to i prolog!!!
    <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie czekam z niecierpliwością :)

      Usuń
  3. Jestem dumna z dwóch osób: ze mnie (ach, ta skromność) - że wynalazłam czas na przeczytanie tego z Ciebie: cóż... rozdział, jak zawsze świetny. Znalazłam chyba tylko taką jedną, małą rzecz, która nieco mnie... że tak powiem, przyciągnęła mój wzrok: "Otworzyła oczy, chcąc rozejrzeć się za swoimi pantoflami, jednak szybko zorientowała się, że stoją tam, gdzie je ostawiła, jednak to jej pozycja znacząco się zmieniła." Jakoś tak to zdanie... Kurczę, nie wiem, jak to wyrazić, ale średnio pasuje mi tu. To by było na tyle w temacie wad, teraz przechodzimy do zalet. Największą jest chyba to, że opisałaś wszystko, co by można było opisać w tym rozdziale. Niektórzy może stwierdzą, że to przeciąganie rozdziału, ale ja myślę, że to dobre wprowadzenie - dzięki takiemu... "zabiegowi" przybliżyłaś wygląd i taki jakby klimat, nastrój Hogwartu i jego okolic - to zdanie, że magia wprost emanowała z tego miejsca, szczególnie mi się spodobała. Poza tym, gdyby ktoś natknął się na to opowiadanie, ten rozdział, nie znając tej sagi (czego sobie wprost NIE WYOBRAŻAM! ;D ale może takie osoby istnieją...?) będzie potrafił sobie dobrze wyobrazić to miejsce, no i dobrze zaznajomi się z tym wszystkim. Poza tym jakoś szczególnie lubię Twoje opisy - zawsze znajdę w nich jakiś nieprzeciętny epitet, porównanie czy po prostu przymiotnik ;P

    Abstrahując od rozdziału, co do mojego czasu: początkowo myślę sobie: przeczytam, bo kusi, oj, kusi (mimo że mam jutro sprawdzian z historii, nic nie umiem, a tematy są gigantycznie wielkie i wyposażone w taaaką ilość dat, ludzi i wydarzeń), ale skomentuję na weekendzie, gdy znajdę czas wolny. Natchnęło mnie jednak i pomyślałam sobie, że koniecznie muszę skomentować to już, teraz, bo po prostu nie mogę przejść koło tego obojętnie - poza tym jakoś tak głupio mi czytać i nie komentować od razu, albo w ogóle.

    W każdym razie - rozdział mi się podobał, nie przeszkadza mi, że dopiero teraz się ukazał, no i... No i chyba tyle ;D
    Życzę wszystkiego dobrego, pozdrawiam cieplutko! ;3

    PS To wszystko przez Panią Profesor Wychowawczynię Humanistkę (szczerze powiedziawszy, dziwna kobieta). Chodzi mi o język. Ani na chwilę (pisząc) nie mogę pozbyć się tego... czegoś! Każe nam budować wypowiedzi tak, żeby zadowalały JĄ, czyli inaczej - używać jak najwięcej wyszukanych słów. Po dzisiejszych dwóch godzinach polskiego (tak, wiem, w drugiej klasie będzie ich "pińset" dziennie) nie mogę pozbyć się wrażenia, że zaraz usłyszę wymierzone we mnie pytanie "Ktoś powie? Ktoś ma ochotę? Może ty?"! Dobra, koniec mojego biadolenia, uciekam zakuwać xD
    Trzymaj się, pozdrawiam serdecznie raz jeszcze! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyobraź sobie, że są osoby, które znają ją jedynie z fimów, bądź prawie wcale, jedynie cośtam o niej słyszały. Też wydawało mi się to niemożliwe, ale niestety... Niby wiem, że trzeba opisywać świat przedstawiony, ale jakoś zawsze mi to umyka. Teraz postanowiłam to zmienić, dlatego rozdaiał taki troszkę opisowy.

      Jak ja nie skomentuje od razu po przeczytaniu to wiem, że później raczej też nie, chyba że jakoś bardzo krótko. Na pewno nie rozpiszę się na temat treści... I spokojnie, jako była humanistka doskonale Cię rozumiem ;) Powodzenia na sprawdzianach i miłego dnia!

      Pozdrawiam gorąco,
      summer-sky

      Usuń
    2. Przepraszam, że dopiero teraz, ale kiedy tego 7 listopada weszłam, aby Ci odpisać, opisałam się tyle, że hoho. I zamiast "opublikuj" nacisnęłam niechcący "wróć" (telefon). Po prostu myślałam, że włosy sobie powyrywam! ;D

      Co do tych osób - jednak znam takie. Żadna ani razu nie oglądała (o czytaniu nie wspominając) - a jeśli oglądała, to przez przypadek bądź dlatego, że (wg. nich) nie było nic w telewizji. A ja się pytam: jakim cudem? To już nawet moja mama (!) oglądała wraz ze mną i moją siostrą HP. Sama z siebie. Nikt jej nie zmuszał. Nawet kazała nam zatrzymać DVD, jak wychodziła z pokoju.

      Co do sprawdzianów, to wtedy (7 listopada) napisałam nie dziękuję, ale teraz już spokojnie mogę podzię... a, nie. Jednak nie mogę, w przyszłym tygodniu mam jeszcze dwa. Więc nie dziękuję w dalszym ciągu, aczkolwiek pochwalę się, że z geografii dostałam 5 (mapa polityczna calusieńkiego świata), niestety z historii (co jest ważniejszym przedmiotem na moim profilu) zawaliłam. Cóż, zdarza się xD

      Pozdrawiam cieplutko!

      Usuń
    3. To zawsze boli. Szczególnie przy długich komentarzach.

      No cóż, najwyraźniej, choć ciężko mi w to uwierzyć, można jakoś bez znajomości Harry'eo żyć.

      Pozdrawiam,
      summer-sky

      Usuń
  4. Właśnie natrafiłam na twój blog. Uwielbiam blogi z taką kategorią.
    Lily i James <3 Myślałam że już każdy przestał pisać takie blogi. A no i bardzo podobał mi się twój szablon jest taki klimatyczny i w ogóle. Zaraz przeczytam wszystkie rozdziały, jako że dopiero teraz znalazłam twój blog w sieci.

    Pozdrawiam i zapraszam ;
    lily-evans-i-james-potter.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Krótko i zwięźle :
    Świetne, świetne, świetne, świetne ;D I nie mogę się doczekać następnego <333
    Pozdrawiam i życzę weny
    http://bluealligood.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja bardzo rzadko mam coś takiego, że uwielbiam czytać same opisy w jakimś opowiadaniu. U Ciebie mogłabym mieć kilometrowe rozdziały z samymi blokami tekstu, bez kompletnie żadnych dialogów, i czytałabym to z przyjemnością. Tak niesamowicie lekko mi się to czyta, iż sama jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, naprawdę. Od razu przedstawiłaś nam teoretycznie całą otoczkę, a przynajmniej tę, którą każdy czytelnik obowiązkowo musi znać. Bohaterowie, podstawowe relacje... Zazwyczaj autorzy (w tym ja, co tu dużo ukrywać :D) rozwlekają tak wszystko po milionie postów, a potem weź to ogarnij. Kurczę, u ciebie wszystko od razu mi się ułożyło. Fajne to, wiem, że przynajmniej nie będę miała problemów z ogarnięciem następnych rozdziałów hihi
    Lily, która nie leci w ramiona Jamesa? Nareszcie się doczekałam. Mam nadzieję, że tego nie zepsujesz :D
    Pozdrawiam i weny życzę <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo, w szczególności, że nie masz pojęcia ile nerwów mnie kosztuje stworzenie takiego zjadliwego opisu... Ale cztery zdania wypowiedzi na prawie/trochę ponad 3000 słów to chyba mój opisowy rekord.

      Niby jak Lily ma lecieć w ramiona Jamesa? Nigdy nie leciała; przynajmniej nie w szóstej klasie! Obawiam się, że będę musiał to zepsuć, ale to długi i powolny proces... No i na pewno nie będzie tak, że to Lily rzuci się Jamesowi w ramiona ni stąd ni zowąd ;)

      Pozdrawiam gorąco,
      summer-sky

      Usuń
  7. W sumie w tym rozdziale to zbyt dużo się nie dzieje, ale opisy nadrabiają wszystko! Są naprawdę super! Zazdroszczę, że potrafisz tak opisywać tak proste rzeczy. Aż mnie natchnęło do swojego pisania, kiedy przemierzałam wzrokiem tekst u ciebie. Mam nadzieję, że kolejny rozdział dodasz niedługo, ponieważ jestem bardzo ciekawa opisu meczu! To dopiero będzie coś!
    Póki co zapraszam do siebie, ciebie dodaję do obserwowanych i linków ;) Pozdrawiam
    http://corka-severusa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo, miło mi to czytać :) Powiem szczerze, że nie planowałam opisu meczu w kolejnym rozdziale...

      Nie wiem czy mi się zdaje, czy oceniałaś kiedyś w cukierni-krytyki?

      Pozdrawiam cieplutko,
      summer-sky

      Usuń
    2. Nie będzie opisu meczu? Jak to? T.T Nie może tak być, musi być coś o meczu! Musi xD

      Tak oceniałam. To jeszcze mnie ktoś pamięta, jak miło ^ ^

      Usuń
  8. Przepraszam za zwłokę, ale ostatnio niczego nie ogarniam. Nie mniej jednak - zjawiam się i czytam rozdział :)
    Może zacznę od tego, co urzekło mnie już na początku - liczysz się z tym, że wśród czytających są osoby, które nie zapoznały się z twórczością pani Rowling (takie jak ja, na przykład xD). Tłumaczysz wszystko od A do Z - zasady quidditcha, a także wymieniasz poszczególne domy. To cenna wskazówka. Umieszczasz wydarzenia w świecie przedstawionym i czasie.
    Poza tym... spodobało mi się wyrażenie:: "Czas dyszał jej w plecy" :)
    Relacja Lily i Jamesa jest taka słodka. Nie wiem czemu, ale nie potrafię wyobrazić sobie tego chłopaka jako kogoś silnego, dobrze zbudowanego... w stosunku do rudowłosej jest on naprawdę skryty.
    Jestem ciekawa, jak dalej rozwinie się akcja i jakie modyfikacje wprowadziłaś w stosunku do poprzedniej wersji opowiadania.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to był podstawowy błąd wytknięty mi w tej pamiętnej ocenie. Jak tylko mogę staram się nad tym pracować i rozwijać opisy ;)

      A tam skryty! James zdecydowanie do takich nie należy ;p Poczekaj na następny rozdział, tam się trochę bardziej postaram porozwozić nad relacjami ;)

      Pozdrawiam gorąco,
      summer-sky

      Usuń
  9. Kupiłaś mnie samym opisem na jednym z katalogów: bez ochów, achów, zalotów, idealnej Evans - której, nawiasem mówiąc, nie znoszę - więc weszłam choćby po to, aby ci złożyć pokłony za nieprowadzące do mdłości podejście.
    Przeczytałam jednak kilka pierwszych zdań iii... Spodobało mi się. Piszesz nienachalnie, lekko i, jak zauważyła koleżanka wyżej, mogą cię czytać nawet ci, którzy na oczy nie widzieli ani książki, ani filmu. Szczerze mówiąc, to omijałam niektóre znane mi opisy, przepraszam! ;_; Ale poza nimi czytałam wszystko, jest ładnie, zgrabnie, a dialogi są zapisane poprawnie (i mówi to ktoś, kto długo tego nie ogarniał, pf), więc tym bardziej jestem zachwycona.
    Nie dodam się do obserwatorów, bo coś mi się ostatnio psuje z przeglądarką i nie mogę się przelogować na konto, z którego piszę ten komentarz, ale będę wpadać.
    A jakbyś chciała przeczytać dramione pisane z podobnym, nieidealnym i nieco ironicznym podejściem, to wpadnij do mnie - http://another-dramione.blogspot.com/.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi to słyszeć, że się podoba :) A tam, zapis dialogów wcale nie jest trudny, tylko trzeba wykazać odrobinę chęci, żeby przed tym usiąść i ogarnąć.

      Pozdrawiam gorąco,
      summer-sky

      Usuń
  10. STRASZNIE CIĘ PRZEPRASZAM!
    Komentuję dopiero teraz, jestem okropna.
    Było o wiele więcej opisów, było okej ;)
    No cóż, wiesz, że zawsze będę uwielbiać tamtą historię, ale czekam z niecierpliwością na rozwinięcie tego bloga :)
    Lilka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co, ważne że dotarłaś ;)

      Zobaczymy, może jeszcze uda mi się przekonać do tej nowej wersji. Kto wie, może nawet polubisz ją bardziej? ;)

      Pozdrawiam,
      summer-sky

      Usuń
  11. Dziś krótki komentarz, bo niestety muszę zaraz iść ;C Ogólnie fajnie, super i w ogóle napisany rozdział C: Wiesz dlaczego uwielbiam Twojego bloga? Bo jest o LILY I JAMESIE, no i piszesz magicznie ^^
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie
    Aleksja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale mój blog wcale nie jest o Lily i Jamesie, tylko o większej ilości osób... Nie lubię, jak go ktoś tak degraduje... :p

      Pozdrawiam :)

      Usuń
  12. Szczerze to opowiadanie co raz bardziej mi się podoba, choć nie przepadam za Jamesem, to w tym opowiadaniu ma u mnie dużego plusa. Co do samej treści, to jest ciekawa, lekka, bez błędów. Naprawdę bardzo ładnie piszesz :D
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo i ciesze się, że udało mi się sprawić, iż polubiłaś nawet postać, za którą zwyczajowo nie przepadasz ;) Choć muszę przyznać, że zazwyczaj spotykam się z sytuacją, że czytelnicy nie znoszą Lily ;)

      Pozdrawiam :)

      Usuń
  13. No i pierwszy rozdział za mną. Niewiele się póki co dzieje, ale chociaż mogę nieco bliżej poznać bohaterów. Nie wiem dlaczego, ale Meredith jakoś przypadła mi do gustu, mimo iż opisałaś ją zaledwie w kilku zdaniach na samym końcu. Oczywiście przy fragmencie z Syriuszem zaczęłam się rozpływać, dlatego to moje czytanie zajęło dwa razy dłużej niż normalnie.

    OdpowiedzUsuń
  14. Szczerze mówiąc początek był dosyć nudnawy. Rozległy opis Hogwartu i okolic napisany pięknie i płynnie, ale zdecydowanie zbyt długo. Przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie.
    Gdy jednak doszłam do Skyler, zapomniałam, że czytam i naprawdę zaczęło mi się podobać. Trening super, tak samo jak przedstawienie postaci. Ogromnie podoba mi się Syriusz, te szczegóły, które przytaczasz. Miałam ochotę o nim czytać i czytać. James nawet nie denerwuje mnie tak bardzo. Nigdy nie lubiłam Jamesa, pewnie przez to, co zrobił Snape'owi i ogólnie, że był dupkiem dowcipnisiem. Wiem, że Syriusz jako jego najlepszy przyjaciel też tym dupkiem był, ale Rowling nie przedstawiła tego tak bardzo w przypadku Jamesa
    W każdym razie Potter u ciebie jest w porządku. Wyniosły, ale taki dający się lubić.
    Wciąż moim ulubieńcem jest Syriusz. Bardzo też polubiłam Skyler, ciekawa postać.
    Przypomniałam sobie, że czytam jakoś tak, gdy weszli do Wielkiej Sali. Super było przytoczenie drobnych umiejętności Lupina, też zawsze postrzegałam go w ten sposób. Niepozorny, ale dostrzega rzeczy, których inni nie są w stanie. Idealnie.
    Na razie wiem o Meredith tyle, że jest cholernie ładna. Nie zrobiła na mnie miłego wrażenia. Jedyne co wniosła do tego rozdziału o chichot i swoją urodę. Ale to dopiero pierwszy rozdział. Na razie moje odczucia są takie.
    Ogromnie boję się twojej kreacji Lily.
    Wiesz dlaczego nie lubiłam Huncwotów?
    Bo Lily w nich była tak okropnie wkurzająca. Matko. Aż nie chcę sobie przypominać.
    Oczywiście biorę pod uwagę, że mogłam po prostu wpaść na tego rodzaju opowiadania, mówiące o niezależnej Lily feministce (nie w stylu Hermiony, której postawę często podziwiałam), roztaczającej swój blask dookoła i mającej ten ,,cięty języczek", a omijać wszystkie dobre. Przepraszam, że tak marudzę, musiałam napisać tutaj swoje obawy.
    Podsumowując... Uwielbiam Syriusza i Skyler w tym rozdziale i bardzo chciałabym o nich przeczytać więcej. Po za tym powtórzę, że podoba mi się twój styl pisania. Dużo epitetów, ale wszystko jest płynne, upchane lecz w sposób, który mi nie przeszkadza.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyżbyś należała do osób uważających, że w fanfiction nie powinno być rozbudowanych opisów? Raz, że pewne rzeczy wyobrażamy sobie trochę inaczej niż autorzy, co jest absolutnie normalne, dwa, choć wiem, że może ciężko w to uwierzyć, są tu osoby, które sagi nie czytały. Poza tym, to pierwszy, wprowadzający rozdział, dlatego bez opisów się nie obejdzie.
      Cieszę się, że opowiadanie Ci się podoba.
      Ja tam natomiast nie lubię Snape’a. De facto, Jamesa nie ma w sadze zbyt wiele, a sceny, w których występuje są dobrane dość niefortunnie. No bo umówmy się – jakiś powód że Lily i James się zeszli musi być, a nie wyobrażam się, że Evans związałaby się z nim, gdyby nadal zachowywał się tak jak w piątej klasie.
      Przyznam się, że wcale nie zależało mi na tym, żeby zrobić z Mer jakąś niebywałą piękność. W ogóle na razie nie ma jej zbyt wiele w historii, ale później się to zmieni.
      To prawda, że Lily zazwyczaj jest kreowana na idealną uczennicę, która ma napady złości i krzyczy na Pottera. Osobiście staram się unikać takich zabiegów, ale skuteczność mogą potwierdzić jedynie czytelnicy.
      Pozdrawiam,
      maximilienne

      Usuń

Obserwatorzy

Follow by Email